Zły czas dla zmian


Coraz więcej publicystów uważa, że głównym problemem dla polskiej polityki jest obecnie wyniszczający spór PO z PiS. Zwracają uwagę na jego niekonkluzywność i emocjonalny charakter wykluczający zracjonalizowanie debaty publicznej i skupienie się w niej na tym, co naprawdę istotne – stanie państwa i gospodarki, wyzwaniach społecznych, pozycji Polski w Europie itp. Jeśli dostrzegają w nim jakikolwiek sens, to głównie w korzyściach, jakie obie partie czerpią z możliwości mobilizacji swego elektoratu w warunkach tej – jak się modnie zwykło określać ów polityczny klincz – wojny polsko-polskiej. Tyle że ta mobilizacja wiedzie do „zabetonowania” sceny partyjnej, a to z kolei utrwala patologiczny charakter polskiej polityki.

Po postawieniu takiej diagnozy, liczni publicyści głoszą potrzebę zasadniczej zmiany politycznej – metod uprawiania polityki, sposobów komunikowania się z wyborcami i priorytetów w działalności partii, zwłaszcza przeniesienia akcentów z interesu własnego, partykularnego, na dobro państwa i jego obywateli. Nie są w tym bynajmniej odosobnieni. Podobnie myśli bardzo wielu Polaków i to już od dawna. Oni akurat z jakości swej reprezentacji politycznej nigdy nie byli zadowoleni, czemu dawali wyraz w kolejnych wyborach III RP – od 1989 do 2007 roku, za każdym razem innym partiom powierzając mandat do rządzenia. Nic dziwnego, że w minionych dwudziestu latach postulat zmiany był zawsze nośnym hasłem politycznym, choć wyrażanym na różne sposoby, z różnymi intencjami i w imię różnych interesów.

Krótkotrwała rewolucja

Dążenie do gruntownej „zmiany” a przynajmniej deklarowanie jej potrzeby stało się ideowym fundamentem III RP już u jej zarania. 4 czerwca 1989 r. Polacy masowo poparli – choć w niedemokratycznych wyborach – zerwanie z komunizmem i porządkiem PRL. Rok później z hasłem zmiany (określonej mianem przyspieszenia) kroczył po wyborcze zwycięstwo Lech Wałęsa. Rewolucyjne przemiany faktycznie się dokonywały: rozwiązania kapitalistyczne wypierały socjalistyczne (choć nigdy do końca), rodził się samorząd lokalny, powstawały organizacje pozarządowe, demokratyzował system polityczny (aczkolwiek nader opornie, zważywszy chociażby, że pierwsze wolne wybory odbyły się dopiero w 1991 roku). Z drugiej jednak strony, demontaż instytucji państwa komunistycznego nie przebiegał należycie szybko, zaś patologiczne nieformalne powiązania polityczne, towarzyskie i biznesowe oplotły III RP i na długo przesądziły o jej charakterze. Konflikt między zwolennikami radykalnej zmiany, polegającej na zerwaniu z przeszłością poprzez rozbicie postkomunistycznych układów, a tymi, którzy opowiadali się za ewolucyjną – niewystarczającą wobec skali wyzwań – drogą zmian, nieuchronnie wpisał się więc na wiele lat w logikę walki politycznej.

Temperaturę tego sporu podgrzały kolejne decyzje wyborcze Polaków. Oto bowiem ledwie cztery lata po miażdżącym dla PZPR werdykcie wyborów 1989 roku, po władzę sięgnęła – i to w demokratyczny sposób – partia będąca jej prostą kontynuacją. Zaś w 1995 r. swoje urzędowanie jako prezydent RP – jak się potem okazało na długich dziesięć lat – rozpoczął zasłużony, choć wciąż jeszcze względnie młody działacz socjalistyczny Aleksander Kwaśniewski, który – dodajmy – hasłem swej prezydentury uczynił, a jakże, zmianę. Proponowany przez niego wybór przyszłości miał wymiar głównie propagandowy, bowiem w realiach politycznych i biznesowych lat 90-tych wygrywała na ogół przeszłość, a dokładniej dawni działacze komunistyczni i dokooptowani do nich inni beneficjanci nieprzejrzystych reguł rządzących polską rzeczywistością. Choć bowiem prawicy zarzucało się – nie całkiem bezzasadnie – nadmierne skupianie się na przeszłości, to jednak praktyczne rozliczanie PRL wychodziło jej do 1993 roku bardzo przeciętnie. Kiepsko też jej szło przebudowywanie struktur państwa. Gdyby nie to, że nieudolność rządów SLD była porównywalna, a w wielu aspektach przekraczała znacznie „dokonania” prawicy, być może na długie lata ugrzęźlibyśmy w „zmianie” na modłę Kwaśniewskiego, która z faktycznym reformowaniem Polski nie miała wiele wspólnego, choć była retorycznie chwytliwa, o czym najlepiej świadczy popularność prezydenta.

Zmiana goni zmianę

Słabość programową i nieudolne rządzy lewicy postkomunistycznej wykorzystały w roku 1997 partie postsolidarnościowe. Znowu u podstaw ówczesnej decyzji wielu wyborców o powierzeniu im władzy leżało pragnienie zasadniczej zmiany – w dwóch wymiarach: przerwania źle ocenianych rządów SLD i dokończenia tego, co nie zostało ukończone w latach 1989-1993 (a w wielu przypadkach w gruncie rzeczy nawet nie zaczęte). I trzeba przyznać, że w kadencji 1997-2001 zmieniono wiele – wprowadzono cztery wielkie reformy systemowe. „Zmiana” przybierała więc bardzo konkretne formy, nawet jeśli spierano się (i wciąż spiera – jak w przypadku np. systemu emerytalnego), czy są one właściwe. Nie mówiło się wiele o wizerunku, słowa „narracja” poza literaturoznawcami używali chyba tylko ekscentryczni teoretycy polityki, PR nie górował nad rządzeniem, które jakkolwiek pełne wad, to jednak wypełniało się konkretną treścią.

Tyle że po tej fundamentalnej zmianie systemowej nastąpiła równie fundamentalna zmiana polityczna. Partie koalicyjne – AWS i UW – przepadły z kretesem w wyborach. Ponownie beneficjantami klęski sił postsolidarnościowych – wynikającej z dużych, jak to zwykle bywa przy wielkich reformach, kosztów społecznych, ale nade wszystko z katastrofalnej polityki personalnej – okazali się postkomuniści. I ponownie lewica postpeerelowska szła do wyborów pod hasłem zmiany, co zresztą w przypadku formacji odwołującej się do zasad socjaldemokratycznych było naturalne. Nikt nie chciał przywrócenia dawnych porządków. Główne siły polityczne i większość Polaków uważała, że wiele aspektów polskiej rzeczywistości jest niezadawalających i wymagających zmiany, choć fundamentalnie różnili się co w związku z tym należy zrobić. Wielu lewicowców i liberałów poczęło kłaść nacisk na kwestie kulturowe. Tu miała się dokonać kluczowa ich zdaniem przemiana polskiego społeczeństwa, albowiem ustrojowe fundamenty III RP – z wieńczącą je konstytucją – traktowali jako niepodważalny dogmat, zaś nieporządek instytucjonalny i słabość państwa sprzyjały ich interesom, co szczególnie dobitnie ukazała afera Rywina. W tym kontekście konserwatywnych krytyków III RP poczęło niepokoić, że coraz wyraźniej rysowała się prawidłowość, iż najbardziej opłacalnych wyborczo „zmian” dokonuje się w sferze wizerunku, a nie w dziedzinie reformowania państwa tam, gdzie ono szczególnie niedomaga.

Ostatnia taka zmiana?

O tym, że ta prawidłowość nie stała się bezwzględnie obowiązującą zasadą już w połowie drugiej dekady III RP, przesądził poniekąd dyktafon. Gdyby bowiem nie nagranie rozmowy znanego producenta filmowego z wpływowym (choć jak się okazało na szczęście nie wszechmocnym) redaktorem naczelnym popularnego dziennika, droga do gruntownej przebudowy państwa – obiektywnie niezbędnej – mogłaby zostać na długo zamknięta. Oczywiście, czynników zmiany było znacznie więcej niż tylko wyjście na jaw afery obnażającej naturę rządów SLD, ale potrzebny był do niej zapłon. Polacy zrobili to, co zwykli czynić w takich sytuacjach. Ukarali w wyborach dotychczasowych rządzących i dali swój mandat zaufania partiom najbardziej przekonująco domagającym się zmian. Wydawało się, że wreszcie dokończone zostanie dzieło przebudowy Polski od niedołężnej, niewydolnej postkomunistycznej hybrydy do silnego, a przynajmniej efektywnego państwa. No właśnie, wydawało się.

Zamiast koalicji na rzecz realnej zmiany, z większością pozwalającą nawet na wprowadzenie nowej konstytucji, z wyrazistym przesłaniem konserwatywno-liberalnym w sferze politycznej i gospodarczej i konserwatywnym w sferze kulturowej, powstał rząd, który, owszem, miał poważne zamierzenia reformatorskie, ale ugrzązł w politycznej szarpaninie z wymuszonymi przez sytuację koalicjantami i opozycją, wspartą przez zwarty front mediów lewicowo-liberalnych.

Być może najcenniejszym osiągnięciem symbolicznym dwuletnich rządów PiS pozostanie umożliwienie dojścia do głosu środowisk, które od czasów pierwszych rządów solidarnościowych były wypychane z głównego nurtu debaty publicznej i życia politycznego, jako nazbyt krytycznie nastawione do porządków III RP. W pewnym sensie dopełniła się wtedy demokratyczna legitymizacja państwa polskiego – z ważnych nurtów politycznych to środowisko Prawa i Sprawiedliwości jako ostatnie objęło władzę w Polsce. Co prawda, PO zajęła jego miejsce dwa lata później, ale jej liderzy odgrywali kluczową rolę już w poprzednich ekipach solidarnościowych (jak Jan Rokita za rządów Hanny Suchockiej), względnie rządzili pod innymi szyldami (KLD, UW). Do współrządzenia zostały także dopuszczone partie o sporym poparciu społecznym, dotąd pozostające z dala od centrów władzy politycznej – LPR i Samoobrona (co być może zresztą zadecydowało o niepowodzeniu projektu IV RP). Zmiana lat 2005-2007 była zatem rewolucyjna w skali. I nader nietrwała.

Nowa oś podziału

Do 2007 r. rytm życia politycznego III RP na osi prawica-lewica był klarowny: partie solidarnościowe i postkomunistyczne wymieniały się u władzy co cztery lata, sięgając po nią w kolejnych konfiguracjach personalnych i instytucjonalnych. Żaden rząd nie przetrwał próby wyborczej, żadna partia rządząca nie zdołała utrzymać swego poparcia społecznego. W 2007 r. sytuacja się zmieniła. SLD znajdował się na marginesie poważnej polityki, nie pojawił się również nowy postsolidarnościowy pretendent do władzy. Walka o nią rozegrała się między wciąż cieszącym się dużym poparciem PiS a bliską zwycięstwa już dwa lata wcześniej Platformą. Nie tylko jednak sama konfiguracja polityczna czyniła wybory z 2007 r. wyjątkowymi. Zupełnie inaczej zdefiniowano bowiem tym razem, czym powinna przejawić się powyborcza zmiana.

W 2005 r. Platforma Obywatelska licytowała się z PiS, kto jest w stanie gruntowniej przebudować Polskę. Także w 2007 r. szła po władzę z hasłem zmiany. Tyle że tym razem po raz pierwszy w dziejach III RP tak wyraźnie chodziło o zmianę „powrotną”, od niedoszłej przecież jeszcze IV RP, do jej poprzedniczki, gloryfikowanej teraz nie tylko przez jej ideologicznych fundatorów i politycznych beneficjantów spod znaku GW, UW i „oświeconej części” SLD, ale również niedawnych kontestatorów z PO.

Nie dość, że zostały pogrzebane szanse na przebudowę instytucjonalną państwa, to nawet wrócono do koszmarnych obyczajów debaty publicznej z lat 90-tych, gdy wszystko to, co nie mieściło się w lewicowo-liberalnym „main­streamie” próbowano ośmieszyć i obrzydzić Polakom. Co gorsza, przywódcy PO uznali, że najważniejsze jest trwanie przy władzy i trzeba unikać wszystkiego tego, co może rodzić ryzyko, że się ją straci – zatem potrzebnych, ale niepopularnych reform, a także konfliktów z różnymi szkodliwymi dla Polski, ale wpływowymi grupami interesów. Skupili się natomiast na zmianie wizerunkowej – grillach, uśmiechach, wytrenowanych gestach i innych w gruncie rzeczy prymitywnych hasłach i narzędziach marketingowych, które jednak świetnie spełniają swą rolę w świecie zdominowanym przez infantylne, politycznie uwikłane, tabloidyzujące się media. Dokonało się to przy pełnej akceptacji bardzo wielu Polaków, którym taka sytuacja całkowicie odpowiada, jeśli tylko ich prywatne interesy mają się dobrze i nikt od nich w wymiarze obywatelskim niczego nie wymaga. Inni uznali, że będą bardziej „na czasie” jeśli opowiedzą się za tym, co jest tak uparcie – i coraz bardziej profesjonalnie – lansowane jako modne, nowoczesne, lepsze.

Można ironizować na temat „młodych, wykształconych, z dużych miast”, których odruchy stadne nadają się do ciekawych, choć ponurych obserwacji socjologicznych, ale sytuacja jest poważna. Co prawda mówi się wiele, że poprawę jakości życia politycznego może przynieść zmiana w układzie sił na scenie partyjnej i pojawienie się na niej nowych ugrupowań, przełamujących dominację PO i PiS, ale znacznie ważniejszym wyzwaniem jest odbudowanie realnych mechanizmów oceny świata polityki przez Polaków i wyciągania z niej konsekwencji. To właśnie brak tych mechanizmów rodzi sytuację, w której rząd ma złe notowania, powszechnie wiadomo, że przez trzy lata nie zrealizował większości obietnic wyborczych, a w wielu kwestiach wręcz im zaprzeczył (od 3 x 15 do podwyżki VAT droga okazała się wyjątkowo krótka), a mimo to tworząca go partia wciąż cieszy się dużym poparciem i zdaje się zmierzać po kolejne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych.

Przyzwolenie na słabe rządzenie ma w znacznej mierze źródło w stosunku wielu Polaków do opozycji. Nie są najwyraźniej przekonani – na co wskazują sondaże – że po dojściu do władzy radziłaby sobie ona z problemami kraju lepiej niż obecny rząd. Dużo bardziej istotne niż względy merytoryczne są jednak emocje związane z główną partią opozycyjną. Popieranie Platformy wciąż bowiem stanowi dla pokaźnej części jej elektoratu motywowany niechęcią (a niekiedy nienawiścią) do Prawa i Sprawiedliwości wybór mniejszego zła, dokonywany w imię obrony przed recydywą zdemonizowanej IV RP. Układ sił w polskiej polityce od paru lat niezmiennie sprzyja zwieraniu szeregów. PiS stracił władzę w 2007 roku, ale po raz pierwszy w III RP ustępujący lider sceny partyjnej zachował na niej pozycję numer dwa i wciąż pozostał groźnym przeciwnikiem – i dla Platformy i dla wspierających ją grup interesów, które w rządach Prawa i Sprawiedliwości dostrzegały realne dla siebie zagrożenie. Umiejętne podsycanie lęku przed PiS stało się głównym instrumentem władzy. PiS nie dość umiejętnie przed tym się bronił, ale pola nie ustąpił. Starcie polityczne stało się partyjną wojną pozycyjną. Podobno Polacy są nią zmęczeni i w tym upatruje się szans nowych partii politycznych, powstających po rozłamach w szeregach dwóch wiodących sił (głównie w PiS, Donald Tusk pozbył się bowiem większości potencjalnych konkurentów jeszcze przed 2007 rokiem). Tyle że owego zmęczenia nie widać w sondażach partyjnych. Polacy, dotąd chętnie wymieniający rządy i wywołujący w każdych kolejnych wyborach parlamentarnych istne partyjne trzęsienia ziemi, teraz zdają się być znacznie bardziej powściągliwi w poszukiwaniu „nowego”, nawet jeśli „stare” ich nie przekonuje czy wręcz gorszy.

Przykład nie idzie z dołu?

Zasadnicze zmiany polityczne w latach 1989-2005, za którymi szły niekiedy realne próby reformatorskie, dokonywały się zwykle wbrew dominującym, „mainstreamowym” elitom opiniotwórczym (określenia ‘elita’ używam w sensie opisowym, nie jakościowym). Obywatele wymuszali je na swoich przedstawicielach a przynajmniej dawali im swoje na nie przyzwolenie. Potem wystawiali im gorzki rachunek wyborczy za koszty reform, ale jednak głównie za potknięcia, zaniechania i afery. PO wyciągnęła z tego wnioski, korzystne dla siebie, niebezpieczne dla państwa – i w konsekwencji dla Polaków, którzy jej to ułatwili: reformować na poważnie nie warto, bo to politycznie – zwłaszcza w perspektywie najbliższych wyborów (a zwykle są za chwilę jakieś wybory) – kosztowne, lepiej wyłącznie administrować i zarządzać emocjami, zatem urządzać igrzyska. Premier i jego aparat władzy uaktywniają się więc głównie wtedy, gdy właściwie nie mają już wyjścia – np. gdy opinia publiczna poznaje gorszące kulisy prac nad ustawą hazardową albo gdy media zaczynają bombardować Polaków informacjami o skutkach zażywania dopalaczy. Wtedy zwołuje się konferencję prasową, Donald Tusk przybiera swoje najbardziej zatroskane i srogie miny, w ślad za tym idą decyzje kadrowe i błyskawicznie przeprowadzane inicjatywy ustawodawcze. Polityka państwa polskiego – dużego, podobno ambitnego i rzekomo rosnącego ostatnio w znaczenie w Europie – staje się polityką reaktywną. Bez medialnego hałasu wokół wielu spraw, nie zostałyby one załatwione, chociaż jako żywo, wiedza o tym, że trzeba się nimi zająć, nie była tajemną dopóki nie ujawnili jej dziennikarze.

Platformie nie szkodą coraz częstsze połajanki za brak reform ze strony ekspertów, publicystów i dziennikarzy, którzy do niedawna złego słowa nie chcieli o niej powiedzieć, bo ważniejsze było dla nich zwalczanie PiS. Ten kredyt zaufania wyczerpuje się jednak i im dłużej Donald Tusk będzie ryzykować przyszłość Polski a przede wszystkim portfeli Polaków – zwłaszcza tych, którzy udzielili mu poparcia znacznie bardziej wymiernego niż oddanie głosu w wyborach na Platformę, bowiem użyczyli jej biznesowych i medialnych instrumentów do rozgrywki z PiS – tym na mniejszą życzliwość będzie mógł liczyć, choć przypadki ostentacyjnego wystąpienia przeciw niemu jeszcze długo zapewne nie będą się mnożyć. Mając słupki sondażowe po swojej stronie, Tusk nie musi zbytnio martwić się pomrukiwaniem „elit”. Może na przykład kierować niechęć Polaków ku tym swoim krytykom, którzy twierdzą, że o państwie należy myśleć w perspektywie dłuższej niż następne wybory parlamentarne i dlatego nie należy rezygnować z niepopularnych posunięć. W ostatniej platformerskiej „narracji” wypomina się owym krytykom, że nie rozumieją oni – w odróżnieniu od premiera – „zwykłych” ludzi, a chcą na ich barki złożyć ciężar reform (co skądinąd, nie jest takie odległe od prawdy w przypadku autorów niektórych „prostych” recept na ratowanie finansów publicznych, zupełnie ignorujących koszty społeczne). Tak oto dochodzi do bezprecedensowej w III RP sytuacji: „mainstreamowi” partia polityczna rzuca wyzwanie „mainstreamowym” elitom uciekając się do populistycznej retoryki. Widać w tym oczywiście zrozumienie mechanizmów, dzięki którym zabiega się o popularność w demokracji, ale troska o stan państwa z pewnością nie jest tu kluczowym punktem odniesienia.

 

Sytuacja bez wyjścia?

Aby trwać przy władzy, PO potrzebuje niezmiennie sprawnego marketingu i podgrzewania konfliktu z PiS. Dopóki media nie wystąpią otwarcie przeciwko niej, to ona ustala reguły gry politycznej. Jej przekaz jest banalny, wręcz prostacki – w kraju jest dobrze, od was, Polaków, niczego nie chcemy, tylko pozwólcie nam rządzić, a kto jest przeciwko nam, ten jest źle wykształcony, pełen nienawiści, zakompleksiony i nic nie rozumie. Tyle że to przekaz póki co skuteczny. Dyskusja o polskiej polityce stała się intelektualnie miałką opowieścią o narracjach. Ten, kto ma wpływy w mediach, ten je narzuca. Rodzi to pokusę u innych chcących się liczyć uczestników gry politycznej, aby swoją działalność publiczną wpisać w te same ramy.

Kto próbuje zignorować prawidła kreowania wizerunku, sprowadzające działalność publiczną do banalnego wymiaru kampanii reklamowych dobrze „formatowanych” produktów, słyszy od różnej maści specjalistów od PR i marketingu, a także wielu publicystów, że nie nadaje się do nowoczesnej polityki i powinien ustąpić tym, którzy lepiej adoptują się do postpolitycznych realiów. Liderzy partyjni mają odchodzić nie z powodu nietrafnej diagnozy polskich problemów, bądź braku pomysłów na ich rozwiązanie, ale dlatego, że nie odnajdują się w warunkach demokracji medialnej. W siłę rosną natomiast politycy wchodzący z dziennikarzami, zwłaszcza telewizyjnymi, w swoistą symbiozę. Jedni są drugim potrzebni, ale to nie politycy decydują w tym układzie, jaki przekaz – w treści i formie – trafia do Polaków. Ośrodki władztwa politycznego przesuwają się niebezpiecznie do mediów. Sytuacja nie byłaby tak dramatyczna, gdyby potrafiły one zachować przynajmniej względny obiektywizm w ukazywaniu i komentowaniu politycznej rywalizacji i nie angażowały się w nią, a przynajmniej czyniły to otwarcie, nie ukrywając swych intencji za sloganami o bezstronności i trosce o sprawy publiczne. Nie byłoby też tak źle z debatą publiczną i zarządzanym ze studiów telewizyjnych życiem politycznym, gdyby dziennikarze nie sprowadzali często dyskusji o stanie Polski do kwestii przede wszystkim personalnych, chętnie występując w roli tych, którzy mają rozsądzać, kto powinien stać na czele partii, wchodzić w skład rządu albo znajdować się na listach wyborczych.

Wyjaławiający polską politykę marketing grzebie szansę na poważny spór ideowy i programowy. Nawet jeśli się chce go toczyć, złudzenia pryskają zazwyczaj w studiu TVN24, gdzie wszystko wraca do postpolitycznej normy. Wielu polityków zdaje się już nie wierzyć, że można funkcjonować inaczej. Nie przypadkiem gdy mówi się o kolejnej potencjalnej zasadniczej zmianie w polskiej polityce, skupia się na stylu jej uprawiania. A więc znowu na narracjach, znowu na mimice, znowu na gestach.

Poniekąd łatwo to zrozumieć. Po pierwsze, dzięki względnej – na tle konkurencji – sprawności na tym polu rekordy popularności bił niegdyś Aleksander Kwaśniewski, a potem drogą tą poszedł Donald Tusk i osiągnął bodaj jeszcze większe sukcesy wizerunkowe. Po drugie, łatwiej jest nauczyć się odpowiedniej gestykulacji i dać się „sformatować” pod wymogi telewizyjnej przepychanki z konkurencją, niż przygotować i przekonująco przedstawić fachowy program naprawy jakiegoś istotnego aspektu polskiej rzeczywistości. Skutki takiego podejścia dla jakości polskiej polityki i funkcjonowania państwa są jednak opłakane.

Jest wina, a co z karą?

Na to, że polityka jest niemerytoryczna i awanturnicza, najgłośniej narzekają dziennikarze i politycy (przejawów awanturnictwa i braku kompetencji dopatrując się oczywiście głównie u konkurencji). Czyli właśnie te dwie grupy, które za to najbardziej odpowiadają.

Jest jednak nowy „współwinny”, też zbiorowy – społeczeństwo, a właściwie ta jego część, która okazała się szczególnie podatna na marketingowe sztuczki. Za łatwo godzi się na rolę biernego odbiorcy propagandowej papki, która jest co prawda coraz bardziej efektownie podawana, ale na tyle nieprzystająca do rzeczywistości, że jej odbiorcy powinni wyciągnąć z tego konsekwencje wobec tych, którzy ich nią raczą.

Do 2007 roku Polacy zachowywali się względnie racjonalnie. Gdy uważali, że ktoś źle rządził, najpierw dawali temu wyraz w sondażach (abstrahując teraz od jakości ich przeprowadzania), a potem w wyborach. Ich opinie mogły być subiektywne, dla poszczególnych rządów przynajmniej częściowo krzywdzące. Niemniej opierały się na logicznej przesłance: sądzę, że źle rządzisz, dlatego odmawiam ci poparcia. Od 2007 r. bardzo wielu wyborców PO postanowiło przyjąć inne kryteria: choć są rozczarowani jakością rządu Donalda Tuska, to wolą zwodnicze poczucie uczestnictwa w czymś, co aprobuje „mainstream” i różni lokalni celebryci, względnie uznają, że wciąż muszą chronić siebie przed PiS, jakkolwiek on im wcale poważnie nie zagraża.

Istnieje niebezpieczeństwo, że w takiej sytuacji kolejna poważna zmiana w polskiej polityce polegać będzie na tym, że mdłą mimo efekciarskich popisów, pozbawioną poważnej treści programowej, dopasowującą się do chwilowych koniunktur „narrację” PO, zastąpi inna „narracja” o podobnym charakterze, tyle że jeszcze bardziej przemawiająca do wyobraźni. Choć nie należy tracić nadziei, że jednak zwycięży zdrowy rozsądek i powrócą racjonalne kryteria oceny polityków, związane – choćby z subiektywnie postrzeganą – jakością ich rządzenia. I że przebudzenie nie nastąpi dopiero w czasie gigantycznego kryzysu państwa, który wielu ekspertów przewiduje jeśli marketing wciąż będzie wypierać politykę a dbałość o słupki sondażowe brać górę nad odpowiedzialnością za Polskę.

 

Autor jest wiceprezesem OMP. Tekst ukazał się w 3 numerze pisma „Rzeczy wspólne” oraz w wyborze publicystyki Jacka Kloczkowskiego „Czasy grubej przesady” (Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2010 - http://omp.org.pl/ksiazka.php?idKsiazki=195)



Jacek Kloczkowski - Politolog i publicysta, wiceprezes Ośrodka Myśli Politycznej. Wydał monografię "Wolność i porządek. Myśl polityczna Pawła Popiela" (2006) i zbiór publicystyki "Czasy grubej przesady" (2010). Pod jego redakcją ukazały się m.in. książki: "Polska Solidarności. Kontrowersje, oblicza, interpretacje" (2011), "Polska w grze międzynarodowej. Geopolityka i sprawy wewnętrzne" (2010), "Platon na Wall Street. Konserwatywne refleksje o kryzysie ekonomicznym" (2010, wraz z Jonathanem Pricem), "Władza w polskiej tradycji politycznej" (2010), "Rzeczpospolita na arenie międzynarodowej. Idee i dylematy polityki zagranicznej" (wraz z Tomaszem Żukowskim, 2010), "Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków?" (2009), "Polska czyli anarchia? Polscy myśliciele o władzy politycznej" (2009), "W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej" (wraz z Filipem Musiałem, 2009), "Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki" (2009), "Realizm polityczny. Przypadek polski" (2008), "Wolność i jej granice. Polskie dylematy" (2007), "Z dziejów polskiego patriotyzmu. Wybór tekstów" (2007), "Oblicza demokracji" (wraz z Ryszardem Legutko, 2002), "Antykomunizm po komunizmie" (2000), "Od komunizmu do… Dokąd zmierza III Rzeczpospolita?" (1999). Autor wyborów pism Pawła Popiela "Choroba wieku" (2001) i "Pamiętniki i wybrane pisma polityczne" (2009). Autor artykułów publicystycznych w "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Polskim" i "Nowym Państwie".

Wyświetl PDF