Gra bez wyjścia, czyli nic pewnego w geopolityce poza problemami


I

Jednym z największych błędów, jakie można popełnić w ocenie geopolitycznego położenia Polski, jest uznanie, że aktualna koniunktura jest stanem danym raz na zawsze, a przynajmniej ustabilizowanym na długie dziesięciolecia. W polskiej historii nie brakuje przykładów takich sytuacji, gdy wielu wpływowych polityków i myślicieli ulegało tej iluzji i była ona podzielana przez znaczną część opinii publicznej. Działo się tak pomimo tego, że Polacy wiele razy doświadczali skutków gwałtownych zwrotów sytuacji międzynarodowej, z czego powinni byli wyciągnąć wniosek, że geopolityczne uwarunkowania i trendy, nawet jeśli wydają się w danym czasie bardzo trwałe, niekiedy dynamicznie i zaskakująco się odmieniają, zatem wiara w ich niezmienność i nierozważenie alternatywnych scenariuszy są przejawem braku rozwagi i obniżają zdolność wspólnoty politycznej do skutecznego zabiegania o swoje interesy, a mogą nawet grozić utratą przez nią możliwości prowadzenia podmiotowej polityki.

Niekiedy przekonanie o trwałości położenia Polski rodziło się w sytuacji skrajnie dla niej niekorzystnej. Tak było na przykład w drugiej połowie XIX wieku, po klęsce powstania styczniowego, w obliczu tryumfów zjednoczonych Niemiec i potęgi Rosji, przy braku poważnych sprzymierzeńców sprawy polskiej wśród ówczesnych mocarstw europejskich. Wtedy wielu Polaków uznało, że należy porzucić nadzieje na rychłe odzyskanie niepodległości i wykorzystywać wszelkie możliwości rozwoju życia narodowego w ramach państw zaborczych. Odbudowa Polski wydawała się marzeniem mało realnym, bowiem układ sił w Europie zdawał się ziszczać najgorszy dla jej losów scenariusz. Geopolityczna układanka, trzymająca w ryzach aspiracje niepodległościowe Polaków, rozsypała się wszakże dużo szybciej niż zakładało wielu pesymistów, uchodzących przecież długo za trzeźwo oceniających sytuację realistów.

Podobnie stało się w drugiej połowie XX wieku. Powszechne było wówczas przekonanie, że wyrwanie się z sowieckiego zniewolenia wykracza poza horyzont czasowy nie tylko obecnych, ale i wielu przyszłych pokoleń. Nawet w latach 80-tych, gdy komunistyczne imperium chwiało się już wskutek katastrofalnej sytuacji gospodarczej i pod naciskiem zwycięskich w geopolitycznym zwarciu Stanów Zjednoczonych, niewielu było optymistów gotowych śmiało głosić tezę, że wyzwolenie nadejdzie niebawem. Na szczęście, rzeczywistość okazała się znacznie pomyślniejsza niż liczne prognozy.

 

II

Łatwo wszakże popaść ze skrajności w skrajność. Oto bowiem gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku, a potem obroniła ją w starciu z bolszewikami, wielu wpływowych przedstawicieli jej elit nader łatwo uwierzyło, że czeka ją świetlana, mocarstwowa przyszłość. Niemcy wydawały się trwale rozbite, nad komunistami odniesiono wielkie zwycięstwo. II Rzeczpospolita jawiła się – mimo przecież wielu wewnętrznych problemów – jako państwo mogące podmiotowo kształtować swoje otoczenie geopolityczne i bę­dące w stanie na długo oddalić od siebie poważne zagrożenia, a przynajmniej skutecznie sobie z nimi radzić, gdyby nie udało się zlikwidować ich w zarodku. Niestety, rzeczywistość szybko okazała się dużo bardziej skomplikowana: ziścił się najgorszy z możliwych scenariusz geopolityczny – najwięksi wrogowie Polski urośli w siłę i zawarli wymierzone w nią porozumienie. Gdy pojawiły się pierwsze symptomy, że właśnie taki wariant rozwoju wypadków zadecydować może o losie Rzeczpospolitej, polska myśl polityczna stanęła na wysokości zadania. Powstało szereg przenikliwych prac ukazujących, co w takiej sytuacji można próbować robić. Tyle tylko, że z geopolitycznej pułapki nie było wówczas bezpiecznej drogi ucieczki. W 1939 roku okazało się, że nie ma żadnej.

Nieporównanie większe samozadowolenie niż u wierzących w mocarstwową przyszłość Polski polityków i intelektualistów II RP zapanowało w części elit III RP – a przynajmniej w środowiskach, które za elity się uważają i są jako takie przedstawiane w sprzyjających im „mainstreamowych” mediach – gdy w pierwszej dekadzie XXI wieku Polska przystąpiła do NATO i Unii Europejskiej. Wielu komentatorów i polityków uznało, że wraz z tym zakończył się czas poważnych wyzwań dla polskiej polityki zagranicznej. Zdają się uważać, że już zawsze będziemy funkcjonować w ramach niezmiennie nam przyjaznych struktur europejskich, pod parasolem bezpieczeństwa roztaczanym przez Sojusz Północnoatlantycki. Ów parasol wydaje się zresztą wielu apologetom UE reliktem starych czasów, skoro najlepiej Polskę chroni – jak uważają – atmosfera pojednania i wzajemnego zrozumienia, którą przepojeni są Europejczycy, od Paryża, przez Berlin, aż po Moskwę. Co prawda, nieodpowiedzialny rząd, jaki się niedawno Polsce przytrafił, potrafił ową atmosferę na pewien czas zepsuć, przesadnie gardłując za polskimi interesami, ale wystarczyło go obalić i wszecheuropejska miłość znowu rozlała się na spragnione jej ziemie między Odrą a Bugiem.

Gdyby taka idealistyczna wizja była prawdziwa, można byłoby tylko jej przyklasnąć. Bądź co bądź, jest nader przyjemną perspektywa niemąconej żadnymi niepokojami bezpiecznej przyszłości. Tyle tylko, że niewiele ma ona wspólnego z rzeczywistością. Polityka europejska wciąż polega na bardzo twardym zabieganiu o własne interesy. Oczywiście metody ich forsowania w stosunkach międzynarodowych są zwykle znacznie mniej gwałtowne niż to bywało w minionych stuleciach. Ale, po pierwsze, także i te drastyczne bywają niekiedy w użyciu – czego szczególnie przekonujących dowodów dostarczyła rosyjska inwazja na Gruzję, a po drugie – nikt nie może przewidzieć, co przyniesie przyszłość.

 

III

Warto pamiętać, jak szybko rozwiał się optymizm części ówczesnych elit z pierwszych lat II RP, gdy po kilkuletnich krwawych zmaganiach wydawało się, że i zwycięzcy i pokonani w wojnie będą na tyle racjonalni, albo przynajmniej tak osłabieni, że nie wdadzą się rychło w równie bezwzględny konflikt. Tymczasem wdali się, i to w znacznie bardziej brutalny. Obecnie poziom pokojowego uregulowania różnych kwestii spornych w Europie jest na tyle duży, a niechęć większości Europejczyków do wojen tak mocno zakorzeniona w ich świadomości, że perspektywa powrotu do starych – jakże typowych dla nich przez stulecia – metod walki o interesy, faktycznie wydaje się mało prawdopodobna. Tyle tylko, że punktem odniesienia jest obecna sytuacja polityczna, a przede wszystkim gospodarcza, społeczna i kulturowa. Europejski dobrobyt nie sprzyja nastrojom wojowniczym. Co jednak się stanie, gdy owa prosperita gwałtownie się załamie? Gdy Europejczykom znowu zajrzy w oczy bieda, albo przynajmniej nie będą mogli żyć na poziomie do jakiego przywykli? Już teraz zdarza się, że odpowiedzią na nawet umiarkowane projekty ograniczania przywilejów socjalnych są gwałtowne protesty. Niejedna europejska ulica stała się w ostatnich miesiącach areną niełatwych do okiełznania zamieszek, a przecież może być dużo gorzej: wielu ekonomistom i politykom spędza sen z powiek widmo kryzysu znacznie poważniejszego niż ostatni. Jak zachowaliby się Europejczycy w obliczu zapaści gospodarczej, która ugodziłaby w same podstawy państwa dobrobytu? Czy rozwiązaliby swe problemy zgodnie i dobrowolnie współpracując, czy może wróciliby do korzeni, do tego, w czym tyle razy się „sprawdzali” – a co tak wnikliwie opisało wielu historyków i filozofów politycznych – rewolucji socjalnych, poszukiwania przestrzeni życiowej, nienawiści do „obcych” zabierających miejsca pracy? Niepewność w tym względzie to jeden z powodów, dla których w myśleniu strategicznym o przyszłości Polski nie wolno uznawać, że jej obecne położenie geopolityczne i aktualny poziom bezpieczeństwa to konfiguracja ustalona po wsze czasy.

Drugi powód stale kieruje naszą uwagę na Wschód. Nie trzeba być rusofobem, aby z niepokojem obserwować niezmiennie imperialne ambicje Rosji. Owszem, wyrażają się one w inny sposób niż w XX wieku, gdy ich podstawą były zniewalające Polskę i inne państwa oddziały Czerwonej Armii. Teraz metody są – w przypadku naszej części Europy, bo już nie Kaukazu – subtelniejsze: szantaż energetyczny, skuteczna dyplomacja na Zachodzie, korzystanie z nieformalnych powiązań z częścią elit krajów postsowieckich, zapoczątkowanych w mało chwalebny sposób w czasach komunistycznego zniewolenia. Rosja, przez swych agentów wpływu i z pomocą zaślepionych ideą pojednania idealistów, roztacza wizję swej polityki zagranicznej jako zwykłej, „europejskiej” dyplomacji. Wielu Europejczyków „kupuje” ją bez zastrzeżeń. Także niektórzy Polacy dają się jej uwieść, zwłaszcza gdy przekona się ich,, że potępienie metod działania rządu rosyjskiego to właściwie to samo, co niechęć do rosyjskiego narodu – a ta przecież faktycznie chluby nie przynosi. Część z nas daje się omamić niedorzecznym wynurzeniom, że krytyczny stosunek do Rosji nie mieści się w ramach tego, co przystoi w „Europie”, zaś twardy kurs wobec Kremla zepchnąłby nas na unijny margines. Przy czym snujący wizję takiej degradacji Polski bynajmniej nie trwożą się na myśl o tym, że może ona utrudnić nam dbanie o własne interesy: zgrozą napawa ich wyłącznie sama perspektywa niezmieszczenia się w głównym europejskim nurcie – wytyczanym w Paryżu, Berlinie czy Rzymie.

Trzeba spektakularnych wydarzeń – jak napaść na Gruzję, czy sposób, w jaki „oficjalna” Moskwa traktuje śledztwo smoleńskie – aby rosła świadomość, że rosyjska polityka daleka jest od przestrzegania standardów, które uprawniałyby nas do uznania, że z tej strony nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Nie musi to być zagrożenie militarne – wystarczy uzależnienie energetyczne oraz skuteczność Rosji w grach na forum UE i stosunkach bilateralnych z krajami mającymi duży wpływ na położenie RP, aby nasza podmiotowość była w istotnym stopniu ograniczona.

 

IV

Czarnowidztwo i nadmierny optymizm nie sprzyjają poważnej dyskusji o polityce zagranicznej. Zagadnienia geopolityczne wymagają bowiem trzeźwości spojrzenia i niepopadania w skrajności. Przy czym zastrzeżenie to dotyczy nie tyle rozważania wszelkich scenariuszy wydarzeń, co przekonania, że mogą się spełnić tylko te z jednego z ekstremów. Oczywiście, można wierzyć, że Polskę czeka długi okres bez poważnych zagrożeń zewnętrznych, ale nie powinno się lekceważyć czynników, choćby w danej chwili zdających się marginalnymi, za sprawą których ten stan rzeczy mógłby się kiedyś zmienić. Również wieszcząc zmianę koniunktury na niesprzyjającą, albo już teraz dostrzegając niekorzystny układ sił wokół Polski, nie należy przedwcześnie epatować skalą zagrożenia i przekonywać, że czeka nas rychła katastrofa, nie biorąc pod uwagę, że są wciąż szanse na pomyślny bieg zdarzeń.

Oba skrajne podejścia są szkodliwe. Przesadne straszenie negatywnymi scenariuszami, gdy nie są one jeszcze wyraźnie widoczne dla ogółu opinii publicznej, może spowodować, że uodporni się ona na ostrzeżenia i gdy faktycznie sytuacja stanie się zła, zlekceważy ją jako kolejną niepotrzebnie rozdmuchaną awanturę. Być może właśnie takie są przyczyny, dla których wielu Polaków nie dostrzega niepomyślnych dla Polski zmian dokonujących się w Unii Europejskiej. Przed przystąpieniem do UE skrajni eurosceptycy roztaczali przed nimi przerażające wizje tego, co się stanie, gdy znajdziemy się w unijnych strukturach. Doświadczenie kilku lat członkostwa dowiodło, że wiele przestróg było przesadzonych, albo w ogóle nieuzasadnionych. Trudno się zatem dziwić, że znacznie bardziej stonowane opinie o obecnych niekorzystnych dla Polski trendach nie wywołują większych emocji, albo są oceniane jako kolejne niepotrzebne „szukanie dziury w całym”.

Znacznie gorszą propagandową „robotę” wykonują wszakże euroentuzjaści. Ich utopijne, często po prostu niemądre dywagacje o rozstrzygniętym pomyślnie raz na zawsze geopolitycznym położeniu Polski, działają rozkładowo na same fundamenty myślenia politycznego Polaków. Naród, który pogrąża się w swoistym geopolitycznym samozadowoleniu, oszukuje sam siebie i naraża na potężne wstrząsy, gdy nagle zostanie wyrwany z tego błogostanu. Nie potrafi on politycznie myśleć i działać – nie spełnia zatem podstawowych kryteriów trwałej i skutecznie dbającej o swoje interesy wspólnoty narodowej. Oczywiście, w ramach owej wspólnoty istnieją różne poziomy możliwego zaangażowania w sprawy geopolityczne. Trudno wymagać, aby każdy Polak – zwłaszcza gdy ponad połowa z nich niczego nie czyta – śledził fachową prasę o stosunkach międzynarodowych (której zresztą w Polsce wiele nie ma) i spędzał godziny na dyskusjach o możliwych scenariuszach wydarzeń. Niemniej na poziomie pewnego minimum, wyborca, jeśli ma uchodzić za „świadomego”, powinien mieć wyrobiony elementarny pogląd na temat położenia Polski i uwzględniać go w swych werdyktach wyborczych. Lepiej, aby nie podzielał naiwnego optymizmu tych polityków i ekspertów, którzy dowodzą, że po wejściu do UE i NATO nic złego w stosunkach międzynarodowych nie może już nas spotkać. Jeśli Polacy uwierzą im – a niestety, wielu zdaje się do tego skłaniać – znacznie trudniej będzie naciskiem opinii publicznej wymóc na klasie politycznej profesjonalne, zgodne z polskimi interesami zajmowanie się polityką zagraniczną. A przecież pod tym względem już teraz mamy wielkie problemy.

 

V

Póki położenie Polski na arenie międzynarodowej jest względnie stabilne, zaś gra, w której bierzemy udział, odbywa się według w miarę cywilizowanych reguł, łatwo ukryć w propagandowej papce miałkość naszej dyskusji o polityce zagranicznej i przede wszystkim nieprzygotowanie rządzących i struktur państwa do radzenia sobie z problemami. Gdy ktoś w tej grze mówi „sprawdzam”, wtedy niedomagania te zostają zwykle błyskawicznie obnażone. Dość wspomnieć najbardziej znaczące przypadki z ostatnich miesięcy – fiasko polityki „jednania się” z Rosją gdy przyszło do śledztwa w sprawie smoleńskiej i niezdolność rządu do powstrzymania drogą dyplomatyczną budowy gazociągu Nordstream w wariancie zagrażającym naszym planom rozwoju portu w Świnoujściu i poprawy bezpieczeństwa energetycznego RP – niepowodzenia tym bardziej spektakularne, że ujawniające się w czasie, gdy propaganda sukcesu przekonuje nas o doskonałych relacjach z Berlinem i coraz lepszych z Moskwą.

Uznanie, że to tylko wypadki przy pracy, a nie wyraz stanu państwa i jakości znacznej części klasy politycznej, stanowiłoby niestety niczym nieuzasadniony przejaw optymizmu. Nieroztropne byłoby również przekonanie, że w najbliższych miesiącach i latach podobnych testów na skuteczność polskiej polityki zagranicznej nie będzie. Polska z gry międzynarodowej nie może się bowiem wypisać, a skoro tak, to musi nauczyć się skuteczniej w niej uczestniczyć.

 

Tekst ukazał się w książce Polska w grze międzynarodowej. Geopolityka i sprawy wewnętrzne (Kraków 2010, Ośrodek Myśli Politycznej)



Jacek Kloczkowski - Politolog i publicysta, wiceprezes Ośrodka Myśli Politycznej. Wydał monografię "Wolność i porządek. Myśl polityczna Pawła Popiela" (2006) i zbiór publicystyki "Czasy grubej przesady" (2010). Pod jego redakcją ukazały się m.in. książki: "Polska Solidarności. Kontrowersje, oblicza, interpretacje" (2011), "Polska w grze międzynarodowej. Geopolityka i sprawy wewnętrzne" (2010), "Platon na Wall Street. Konserwatywne refleksje o kryzysie ekonomicznym" (2010, wraz z Jonathanem Pricem), "Władza w polskiej tradycji politycznej" (2010), "Rzeczpospolita na arenie międzynarodowej. Idee i dylematy polityki zagranicznej" (wraz z Tomaszem Żukowskim, 2010), "Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków?" (2009), "Polska czyli anarchia? Polscy myśliciele o władzy politycznej" (2009), "W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej" (wraz z Filipem Musiałem, 2009), "Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki" (2009), "Realizm polityczny. Przypadek polski" (2008), "Wolność i jej granice. Polskie dylematy" (2007), "Z dziejów polskiego patriotyzmu. Wybór tekstów" (2007), "Oblicza demokracji" (wraz z Ryszardem Legutko, 2002), "Antykomunizm po komunizmie" (2000), "Od komunizmu do… Dokąd zmierza III Rzeczpospolita?" (1999). Autor wyborów pism Pawła Popiela "Choroba wieku" (2001) i "Pamiętniki i wybrane pisma polityczne" (2009). Autor artykułów publicystycznych w "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Polskim" i "Nowym Państwie".

Wyświetl PDF