Silni zrobią więcej, być może razem (w 25-lecie Grupy Wyszehradzkiej)


25 lat temu powstała Grupa Wyszehradzka. Nie jest tak spektakularną formą współpracy, jak skupienie w rękach Jagiellonów władzy w Polsce, w Czechach i na Węgrzech (no i na Litwie) przez sporą część XV i kawałek XVI wieku, ale i czasy są inne, i zresztą przykład jagielloński wcale nie jest taki budujący zważywszy na realne polityczne skutki tego sukcesu dynastycznego – zawstydzająco niewielkie, jak na skalę możliwości z nim związanych. W 1991 r. i w kolejnych latach nie chodziło o ścisłą więź polityczną, ale o dobrą współpracę. Czy to się udało? Sprawa nie jest oczywista.

Grupa Wyszehradzka nie spełniła nadziei tych, którzy wierzyli, że powstanie silny polityczny blok środkowoeuropejski, umożliwiający swoim członkom efektywnie i na dużą skalę rozwijać współpracę regionalną i znacząco wzmacniać swą pozycję najpierw w unijnym procesie akcesyjnym, potem już w UE – a także wobec wschodnich sąsiadów. Za dużo było rozbieżnych interesów i planów, za mało woli politycznej współdziałania i dobrych na nią pomysłów – nieprzypadkowo z reguły więcej się mówiło o potrzebie zdynamizowania współpracy wyszehradzkiej niż o jej owocach. Swoje też robiły – i wciąż robią – ograniczenia (ściśle ze sobą związane) finansowe i polityczne poszczególnych państw V4, zwłaszcza w porównaniu z tym, czym dysponują silne państwa „starej” Unii, dużo skuteczniej forsujące zgodne ze swymi oczekiwaniami decyzje dla całej UE. Dlatego – często w roli petentów – państwa wyszehradzkie zdecydowanie więcej uwagi musiały (ale i chciały) poświęcać zabiegom o swoje interesy w Berlinie, Brukseli, Paryżu – niż sobie nawzajem. Przez to cierpiała współpraca w ramach V4, z tego powodu tym trudniej było ją wykorzystywać w grach na forum unijnym – typowe polityczne błędne koło. W efekcie po ćwierćwieczu mówienia, jak jest ona ważna, politycy środkowoeuropejscy – z chlubnymi wyjątkami – wciąż nie są przyzwyczajeni do myślenia kategoriami współpracy regionalnej, albo nie mają pomysłu, jak ją wzmocnić i wykorzystać dla dobra swoich państw i narodów.

Może najbardziej przykre jest to, że po 25 latach funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej tak niewiele o swojej kulturze, historii, współczesności itd. wiedzą nawzajem Polacy, Czesi, Węgrzy i Słowacy. Szkoda i dlatego, że bardzo się przez to sami zubożają, i dlatego, że to jeszcze jeden czynnik niekorzystnie wpływający na współpracę polityczną – brak społecznego/obywatelskiego jej fundamentu. Fundament ten co prawda nie jest niezbędny dla dobrej polityki, ale gdy wystarczająco dobrej polityki nie ma, daje on przynajmniej jakąś nadzieję, że uda się ją wymusić czy wykreować.

Czy to znaczy, że Grupa Wyszehradzka była niepotrzebna, albo że należy ocenić ją jako wielką porażką? Nie – jeśli miało się wobec niej trzeźwe oczekiwania. Po pierwsze, bez niej byłoby jeszcze gorzej – to może mało wzniosły, ale ważny argument uzasadniający rację jej istnienia. Po drugie, kilka ważnych spraw udało się dzięki Grupie przeprowadzić. Jest zatem pewien potencjał, który można wykorzystać – skuteczniej niż dotąd – w przyszłości. Niezmiennie istotne jest to, aby nie przesadzić z oczekiwaniami. Na przykład koncepcja budowanego w znacznej mierze w oparciu o Wyszehrad międzymorza jest publicystycznie kusząca, politycznie daje do ręki pewien symboliczny instrument – przydatny w lubującej się w symbolice współczesnej polityce – ale musi być przynajmniej na razie traktowana głównie jako retoryczny ozdobnik mniej dalekosiężnych, a wciąż niezwykle ważnych planów, np. koordynacji polityki w kwestii imigracyjnej. Megalomania środkowoeuropejska jest równie groźna jak każda inna, bowiem kusi, aby zamiast twardymi faktami i realiami zajmować się mirażami i fantazjami. Z drugiej strony minimalizm w formułowaniu celów dla współpracy wyszehradzkiej również przynosi wiele szkód, bowiem stanowi alibi dla nic nierobienia, albo robienia zdecydowanie za mało i źle – wymowną tego ilustracją są środkowoeuropejskie zaniechania polskiej polityki zagranicznej z okresu rządów PO.

Plany planami, ale dla przyszłości współpracy wyszehradzkiej kluczowa będzie kondycja Czech, Polski, Słowacji i Węgier. Jeżeli wzmocnią swoją gospodarkę, uczynią ją mniej zależną od zewnętrznych koniunktur i kapitałów, znacznie łatwiej będzie tym państwom myśleć o współpracy na dużą skalę – bez oglądania się na dotacje unijne czy decyzje zachodnich banków, mniejsze będą też wtedy pokusy czy potrzeby szukania funduszy na ważne przedsięwzięcia tam, gdzie inni partnerzy widzą źródło kłopotów czy wręcz zagrożeń (najbardziej spektakularnym tego przykładem są interesy Budapesztu z Moskwą, ale stosunek do Rosji to generalnie jedna z największych kontrowersji w gronie V4). Równie istotne jest podniesienie poziomu rządzenia nimi – żadne z państw wyszehradzkich nie może być szczególnie zadowolone z tego, jak ono zwykle w nich wygląda. Dotyczy to zarówno centrów decyzyjnych władzy politycznej, jak i poszczególnych instytucji rządowych i samorządowych. To samo można powiedzieć o wymiarze sprawiedliwości, armii, służbie zdrowia etc. Wreszcie dobra polityka czeska, polska, słowacka i węgierska potrzebuje rozsądnej debaty publicznej, porządnego zaplecza analitycznego i roztropnego zaangażowania obywatelskiego – na tych polach oględnie mówiąc jest wiele do poprawienia w każdym z państw V4.

Silne wewnętrznie, gdy w kilku ważnych sprawach wystąpią razem na forum UE, państwa Grypy Wyszehradzkiej (i ich bliscy partnerzy, zwłaszcza Rumunia) mogą stanowić blok, którego nie tyle nie można będzie zignorować – już teraz, co widać na przykładzie sporu o politykę imigracyjną Unii, zachodnie stolice muszą brać zdanie V4 pod uwagę – co trzeba będzie go dopuścić na równych prawach do podejmowania najważniejszych decyzji, nie formalnie, ale praktycznie. Rządzone byle jako, z kłopotami gospodarczymi, państwa środkowoeuropejskie mogą pozostać faktycznie członkami Unii „drugiej kategorii” i wtedy będą musiały liczyć na to, że ci „kategorii pierwszej” nie będą w stanie wykorzystać swej przewagi potencjału, czy to z powodu swoich problemów wewnętrznych, czy z racji na konflikty interesów pomiędzy nimi – i jednych i drugich jest w UE coraz więcej. Tyle że takie relatywne wzmocnienie własnej pozycji wynikające tylko z kłopotów innych jest mocno niepewną podstawą polityczną na przyszłość.

Oczywiście, w parze z potencjałem gospodarczym i politycznym musi iść wola jego wykorzystania, przez każde z państw wyszehradzkich z osobna – i chęć, by występować w różnych sprawach razem. Być może ta ostatnia właśnie teraz na dłużej się zakorzenia w świadomości wielu polityków środkowoeuropejskich – tych, którzy mają dość pouczeń płynących z Berlina, Wiednia i paru innych stolic czy środowisk opiniotwórczych „starej” Unii. Najwięcej słyszy się bowiem tych napomnień w sytuacjach kryzysowych, najmocniej ujawniających różnice interesów i przeciwstawne często pomysły, jak rozwiązać problemy. Może zatem to kryzys imigracyjny okaże się przełomem dla współpracy środkowoeuropejskiej? Lepsze byłyby mniej kłopotliwe impulsy, ale ze złych sytuacji także warto czerpać możliwe w danych realiach korzyści.



Jacek Kloczkowski - Politolog i publicysta, wiceprezes Ośrodka Myśli Politycznej. Wydał monografię "Wolność i porządek. Myśl polityczna Pawła Popiela" (2006) i zbiór publicystyki "Czasy grubej przesady" (2010). Pod jego redakcją ukazały się m.in. książki: "Polska Solidarności. Kontrowersje, oblicza, interpretacje" (2011), "Polska w grze międzynarodowej. Geopolityka i sprawy wewnętrzne" (2010), "Platon na Wall Street. Konserwatywne refleksje o kryzysie ekonomicznym" (2010, wraz z Jonathanem Pricem), "Władza w polskiej tradycji politycznej" (2010), "Rzeczpospolita na arenie międzynarodowej. Idee i dylematy polityki zagranicznej" (wraz z Tomaszem Żukowskim, 2010), "Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków?" (2009), "Polska czyli anarchia? Polscy myśliciele o władzy politycznej" (2009), "W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej" (wraz z Filipem Musiałem, 2009), "Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki" (2009), "Realizm polityczny. Przypadek polski" (2008), "Wolność i jej granice. Polskie dylematy" (2007), "Z dziejów polskiego patriotyzmu. Wybór tekstów" (2007), "Oblicza demokracji" (wraz z Ryszardem Legutko, 2002), "Antykomunizm po komunizmie" (2000), "Od komunizmu do… Dokąd zmierza III Rzeczpospolita?" (1999). Autor wyborów pism Pawła Popiela "Choroba wieku" (2001) i "Pamiętniki i wybrane pisma polityczne" (2009). Autor artykułów publicystycznych w "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Polskim" i "Nowym Państwie".

Wyświetl PDF