Strona główna | Czytelnia | Publikacje | Informator | Zarejestruj się | Zaloguj | Odzyskiwanie hasła | English Version
OMP

Główne Menu

Nasi autorzy

Strony tematyczne

Sklep z książkami OMP

Darowizny na rzecz OMP

Księgarnie z książkami OMP
Lista księgarń - kliknij

Jacek Kloczkowski - Mity i rzeczywistość. Uwagi o polityce III Rzeczypospolitej wobec Ukrainy
.: Data publikacji 24-Lip-2005 :: Odsłon: 3656 :: Recenzji: 1 :: Drukuj aktualną stronę :: Drukuj wszystko:.

Wbrew często powtarzanej opinii, stosunki polsko-ukraińskie nie są przykładem sukcesu polityki III Rzeczypospolitej lecz obnażają słabość naszego państwa, ukazując jego nikłe możliwości skutecznego działania na arenie międzynarodowej. Dowodzą one również mizerności intelektualnych podstaw polskiej polityki i niskiego poziomu polskiej klasy politycznej.

Plecami do Wschodu

Prawdą jest, że relacje polsko-ukraińskie nigdy nie układały się tak dobrze jak obecnie. Cóż to jednak w praktyce oznacza? Jedynie tyle, że zniknęła najpoważniejsza przyczyna polsko-ukraińskich sporów - koegzystencja w ramach wielonarodowej Rzeczpospolitej, w której interesy obu narodów stale się ścierały. Zwolennicy tezy o pomyślnym rozwoju stosunków z Ukrainą, wskażą zaraz przykłady pozytywne: Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy, prezydenci obu krajów często się spotykają... Owszem, gdyby stan stosunków polsko-ukraińskich oceniać wyłącznie na podstawie deklaracji z najwyższego szczebla, mielibyśmy powody do zadowolenia. Cóż z tego jednak, skoro za fasadą ciepłych słów i zapewnień o chęci zacieśniania współpracy kryje się bardzo niewiele, zwłaszcza na poziomie kontaktów między obywatelami obu państw? Więzi międzyludzkie między Polakami i Ukraińcami są nikłe. Co prawda poza marginalnymi, acz głośnymi grupami, trudno posądzić Polaków o wrogość wobec Ukraińców, ale króluje przede wszystkim obojętność, która z wszelkich deklaracji o partnerstwie pozostawia jedynie, mniej lub bardziej sprawnie realizowaną konstrukcję polityczną. Mało kto pamięta, iż przez setki lat losy naszych narodów były nierozerwalnie związane. Niewiele osób ma świadomość silnych w przeszłości wzajemnych oddziaływań kulturowych. Cóż Polacy wiedzą o Ukrainie, jej historii i teraźniejszości? Nie potrzeba wnikliwych badań, aby stwierdzić, że niewiele, czy zgoła nic. Wprowadzenie w życie zasad umowy z Schengen, warunek niezbędny, abyśmy mogli stać się członkami UE, za sprawą zaostrzenia przepisów dotyczących przekraczania granicy RP przez obywateli państw nie należących do UE, pogorszy jeszcze bardziej stan kontaktów międzyludzkich. Owa symboliczna "żelazna kurtyna", nazbyt często i w nie uzasadniony sposób przywoływana w dyskusjach o politycznych losach Europy Środkowo-Wschodniej po rozszerzeniu NATO i UE, gdy idzie o kontakty między obywatelami bardzo dobrze oddaje to, co wkrótce stać się może.

Dla większości Polaków Ukraina już teraz jest krajem nieomal egzotycznym, ale na tym gruncie nie rodzi się chęć jej poznania. Mało to odkrywcze, ale prawdziwe i warte powtarzania aż do znużenia (zrozumienia), iż śledząc z zafascynowaniem (co nie znaczy, że wnikliwie) to, co dzieje się na Zachodzie, zapominamy o Wschodzie. Świadczą o tym chociażby programy nauczania szkół podstawowych i średnich oraz uczelni wyższych. Znaleźć w nich możemy wiele na temat Europy Zachodniej, natomiast zagadnienia "wschodnie" traktuje się po macoszemu lub całkowicie pomija. Aktywność organizacji pozarządowych koncentruje się głównie na problemach integracji europejskiej. Odbywają się liczne konferencje i seminaria na ten temat. Wydawane są kolejne książki, mające przybliżyć Polakom Unię Europejską. Dysproporcja na niekorzyść problematyki wschodnioeuropejskiej jest olbrzymia i nieuzasadniona[1]. W znacznej mierze odpowiedzialni są za nią dysponenci funduszy publicznych. O ile bowiem tematyka integracyjna znajduje hojnych sponsorów w instytucjach unijnych i zachodnioeuropejskich fundacjach, to problematyka wschodnioeuropejska liczyć może przede wszystkim na środki krajowe, a tych jest niewiele. Marginalną rolę spełniają fundusze prywatne, bowiem jedynie nieliczni rodzimi ludzie biznesu dostrzegają wagę problemów, o których traktuje ten tekst[2]. Odpowiedzialność spoczywa zatem na barkach osób, zarządzających funduszami publicznymi. Są nimi politycy i urzędnicy państwowi, zwykle zależni od partii politycznych i frakcji w ich ramach[3], które decydują o obsadzie kluczowych stanowisk, związanych z dystrybucją środków budżetowych. Widoczna niechęć polskiej klasy politycznej do wspierania (czyli finansowania) projektów, które pozwoliłyby prowadzić solidne badania naukowe i organizować zakrojone na szeroką skalę działania popularyzujące problematykę wschodnią, dowodzi jej krótkowzroczności i niskiego poziomu edukacji politycznej[4].

Bez wizji i środków

W publicystyce Trzeciej Rzeczpospolitej i w wypowiedziach jej czołowych polityków chętnie podkreśla się pierwszorzędne znaczenie niepodległości Ukrainy dla polskich interesów. Obserwator zewnętrzny uznałby zapewne, że za tymi deklaracjami kryje się poważna praca koncepcyjna polskich myślicieli politycznych. Gdyby jednak zechciał poświęcić nieco więcej czasu na zapoznanie się z polskim życiem intelektualnym, którego refleksja polityczna jest wszak ważną częścią, odkryłby ku swojemu zdziwieniu, iż zagadnieniu polityki wobec Ukrainy poświęca się niewiele uwagi. Mało jest publicystów konsekwentnie podnoszących tę kwestię. Co gorsza, ich, czasem ważne, głosy pozostają zwykle bez echa, więc rzetelnej dyskusji na ten temat nie ma, skutkiem czego brak nam wizji, co tak naprawdę powinno dla Polski wynikać ze stosunków z Ukrainą i jak osiągać cele zgodne z polskim interesem narodowym. To kolejny dowód upadku naszej myśli politycznej.

Jakże inaczej sytuacja przedstawiała się przed II wojną światową. W Drugiej Rzeczpospolitej o relacjach polsko-ukraińskich pisano dużo i ciekawie. Poglądy na kwestię ukraińską były rozbieżne, ale dzięki temu toczyły się inspirujące dyskusje. Warto sięgnąć po dzieła Adolfa Bocheńskiego, Włodzimierza Bączkowskiego, Leona Wasilewskiego, Tadeusza Hołówki, Piotra Dunin-Borkowskiego, Stanisława Łosia i wielu innych, aby przekonać się, jak bardzo ówczesny poziom refleksji nad stosunkami polsko-ukraińskimi przewyższa współczesne pisarstwo polityczne. W zniewolonej Polsce - PRL-u nie można było otwarcie pisać o sprawach ukraińskich. Istniały jednak ośrodki emigracyjne, stanowiące, jak się po latach okazało, "pas transmisyjny" niektórych przedwojennych idei[5], modyfikowanych w miarę rozwoju sytuacji na arenie międzynarodowej, w lata dziewięćdziesiąte, gdy powstały warunki, aby nieskrępowaną dyskusję o sprawach wschodnich Rzeczpospolitej prowadzić w Polsce. Po 1989 roku nie potrafiliśmy jednak twórczo nawiązać do dorobku minionych dziesięcioleci, zwłaszcza do inspirujących rozważań powstałych w II RP, zaś nowe koncepcje nie powstały.

Nasze "pomysły na Ukrainę" przeważnie ograniczają się do stwierdzenia, iż należy przeciwdziałać jej ewentualnemu zbliżeniu z Rosją i że od stanu kontaktów z Ukrainą zależeć będzie w znacznej mierze nasza pozycja w UE i NATO[6]. Postulat pierwszy jest słuszny, ale samodzielnie nie jesteśmy w stanie go zrealizować. Gdyby Ukraińcy zapragnęli ściśle współpracować z Rosją, nie dysponujemy wystarczającymi środkami nacisku, aby ich od tego zamiaru odwieść. Samym darem przekonywania nic nie wskóramy, a nasze instrumenty wpływu na wschodniego sąsiada są nader szczupłe. Nie jesteśmy w stanie na tyle hojnie wspomóc Ukraińców finansowo, aby mógł to być dla nich decydujący argument[7]. Nie mamy możliwości odwołać się do szantażu militarnego. Nie istnieje również polski odpowiednik Gazpromu, który mógłby odciąć Ukrainę od źródeł niezbędnych surowców. Nie jesteśmy w stanie zaoferować jej żadnych nowoczesnych technologii, których nie mogłaby nabyć od innego kontrahenta. Nasze słabości wewnętrzne idą w parze ze słabą pozycją Polski na arenie międzynarodowej[8], zatem pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich nie stanowiłoby dla Ukraińców zbyt wygórowanej ceny za rozwój współpracy z silniejszymi partnerami[9]. Chętnie wytykamy, skądinąd słusznie, państwom zachodnioeuropejskim i Amerykanom zbytnią wiarę w możliwość uczynienia z Rosji państwa demokratycznego, na wzór krajów zachodnich. Na tym tle nasze rachuby, że moglibyśmy w istotny sposób wpływać na kształt polityki ukraińskiej są dużo mniej zasadne.

Nadzieje, że nasze możliwości automatycznie wydatnie wzrosną z chwilą uzyskania członkostwa w Unii Europejskiej są równie złudne. Owszem, nie można wykluczyć, iż rola Polski w kreowaniu unijnej polityki wobec Ukrainy byłaby znaczna. Z pewnością powinniśmy do tego dążyć. Musielibyśmy jednak zaproponować koncepcję stosunków unijno-ukraińskich, opartą o znajomość ukraińskich realiów, wpisaną precyzyjnie w szerszy kontekst - politykę wobec całego obszaru postsowieckiego i następnie wziąć na swe barki główny ciężar jej realizacji. Trudno przypuszczać, iż kwestie ukraińskie będą dla pozostałych członków UE zbyt błahe, aby intensywnie nimi się nie zajmowali i że my, bez wysiłku, zagospodarujemy tę przestrzeń unijnej aktywności. Gdyby nawet polska koncepcja powstała, aby zyskać szansę jej realizacji musielibyśmy umiejętnie włączyć się w grę o realizację interesów poszczególnych członków UE. A interesy te są częstokroć sprzeczne. Naiwnym byłoby sądzić, iż możni tego kontynentu pozwolą nam przejąć kontrolę nad kontaktami z Ukrainą bez żadnych koncesji na ich rzecz. Wariant dla nas najkorzystniejszy oznaczałby zbieżność naszych interesów z interesami grupy państw, które wspólnie byłyby w stanie przeforsować politykę ukraińską UE w kształcie dla nas i dla siebie korzystnym. Polska mogłaby też starać się skłonić niektórych partnerów z Unii do wsparcia naszych planów, za cenę głosów w kwestiach, którymi oni są żywotnie zainteresowani. W rozgrywkach tych należy oczywiście korzystać również ze wsparcia partnerów pozaunijnych. Co jednak, jeżeli nie uda się nam przeforsować w ciałach decyzyjnych EU kształtu jej polityki ukraińskiej zgodnej z polskimi interesami? Czy mamy wówczas realizować politykę niezgodną z polską racją stanu?

Aby móc rozumnie projektować politykę wobec naszego wschodniego sąsiada, trzeba znać ukraińskie realia. Bez wiedzy na ich temat nawet najbardziej śmiałe i spójne koncepcje okażą się zupełnie nieprzydatne, a próby ich realizacji, miast służyć polskim interesom, mogłyby im wydatnie zaszkodzić. Pamiętajmy też o tym, gdy snujemy plany wpływania na politykę ukraińską Unii Europejskiej i NATO. Przecież w Polsce nie ma nawet jednej instytucji, która całościowo zajmowałaby się sprawami ukraińskimi, zasobnej w środki i dysponującej licznym gronem ekspertów! Kiepska to rekomendacja dla kraju, który miałby kreować ten odcinek polityki wschodniej UE i NATO. W Polsce zaplecze eksperckie musimy tworzyć niemal od podstaw. Wzorem mogą być dla nas przedwojenne instytucje np. znakomity tygodnik "Biuletyn Polsko-Ukraiński"[10]. Na ten cel winny być przeznaczone znaczne środki, pochodzące przede wszystkim z budżetu państwa. Nie ulegajmy jednak złudzeniu, że dobry ośrodek badań ukraińskich powstanie wyłącznie dzięki wysokim nakładom finansowym. Wyszukiwanie i szkolenie ekspertów powinno być procesem długofalowym i zakrojonym na szeroką skalę. Aby III Rzeczpospolita doczekała się licznego grona ukrainistów, należy problematykę ukraińską popularyzować na różnych szczeblach szkolnictwa, stwarzając młodym ludziom, którzy chcieliby się nią zająć, warunki do naukowego rozwoju, np. fundując im stypendia.

***

Wybitny polski myśliciel polityczny, Adolf Bocheński, pisał, iż polityka racji stanu oznacza "dążenie do możliwie największej potęgi państwa, to znaczy do możliwości maksymalnego narzucania swej woli przez państwo innym organizacjom politycznym i niepodlegania ich woli"[11]. W obecnej sytuacji geopolitycznej w Europie, w dobie jej postępującej integracji politycznej i gospodarczej, politykę racji stanu określilibyśmy jako dążenie państwa do przeforsowywania swych koncepcji politycznych, służących realizacji interesu narodowego, również w ramach struktur ponadnarodowych. Czy polska dyplomacja dysponuje wiedzą niezbędną do prowadzenia skutecznej gry na arenie międzynarodowej, a więc zna słabe i mocne strony partnerów i rywali? Czy politycy polscy są świadomi odpowiedzialności, która na nich spoczywa? Niestety, odpowiedzi na oba pytania są negatywne. Projektując politykę zagraniczną poruszamy się niemal po omacku, gdyż nie tylko sprawy ukraińskie nie są należycie badane, ale również inne odcinki aktywności państwa polskiego w polityce międzynarodowej. Należy też przyznać, iż Polska nigdy też nie miała szczęścia do mężów stanu, ale lata dziewięćdziesiąte XX w. ujawniają jeszcze głębszy kryzys przywództwa państwowego niż to zazwyczaj w dziejach Rzeczpospolitej bywało.

Powyższe wnioski są pesymistyczne, wynikają wszakże z trzeźwej oceny polskiej rzeczywistości. Rzecz jasna teoretycznie jest możliwe, iż państwo polskie pocznie wzrastać w siłę, zyskując realne narzędzia do prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej. Że pojawią się zastępy ekspertów umiejących z tych narzędzi korzystać. Że polska myśl polityczna podniesie się z upadku i wyda z siebie koncepcje, które owi eksperci będą przekuwać w czyn. By tak się stało, polscy politycy muszą wreszcie zrozumieć, iż bez badań ekspertów i refleksji myślicieli politycznych jakikolwiek fragment polskiej polityki zagranicznej nigdy nie będzie należycie koncepcyjnie przygotowany. Ich działaniom powinna towarzyszyć świadomość, że krótkowzroczność klasy politycznej naraża na szwank polski interes narodowy. Nie ma jednak podstaw do optymizmu. Nic bowiem nie wskazuje, aby przełom w sposobie myślenia polityków polskich nastąpił w dającej się przewidzieć przyszłości.



[1] Wątpliwą pociechą jest fakt, że rezultaty tych działań mających przybliżyć nam Zachód są mizerne. Polska wciąż nie ma doktryny integracyjnej (dowody na to czytelnik odnajdzie w wydanej przez Ośrodek Myśli Politycznej książce "Czy Polska ma doktrynę integracyjną?", Kraków 1998), a obywatele III RP wiedzą o EU niewiele, poznając zwykle propagandowe jej opisy, autorstwa zagorzałych zwolenników i przeciwników integracji europejskiej.

[2] Warto tu dla przykładu przywołać pozytywny przykład diaspory ukraińskiej, która wspiera ukraińskie życie naukowe, w kraju i na obczyźnie.

[3] Czyli grupy scalane więziami towarzyskimi i (częściej) pragmatycznymi interesami. Współcześni konserwatywni krytycy polskiej rzeczywistości politycznej, zamiast, jak dziewiętnastowieczni poprzednicy, wykazywać wyższość "polityki rozumu" nad "polityką serca", stają w obliczu przeciwnika dużo groźniejszego, którego pokonać nie sposób - "polityki interesu partykularnego".

[4] Edukację polityczną rozumiemy szeroko, jako kompleks wiedzy z różnych dziedzin (filozofii, myśli politycznej, historii, kulturoznastwa, literatury etc.), której posiadanie czyni polityka osobą wszechstronnie wykształconą, a przez to bardziej świadomą problemów w obliczu których staje, angażując się w projektowanie i realizację polityki państwa. Większość polityków znajomością powyższych dziedzin nie grzeszy. Nasuwają się wobec tego następujące wnioski: polski system edukacji nie kształci należycie młodzieży, której nieliczni przedstawiciele w dorosłym życiu stają się politykami lub do polityki niefortunnym zbiegiem okoliczności trafiają osoby mniej światłe niż do innych dziedzin życia. Obywatele wybierając swych reprezentantów, nie zwracają uwagi na ich poziom wiedzy albo traktują go jako walor o dużo mniejszym znaczeniu niż np. urok osobisty, sposób ubierania się, o hasłach wyborczych nie wspominając lub nie są go w stanie należycie ocenić (pozytywna recepcja pozornie skomplikowanych, a w gruncie rzeczy mało treściwych wywodów prezydenta Kwaśniewskiego jest dobrym tego przykładem). Zjawiska te splatają się nierozerwalnie: gdyby politycy byli lepiej wyedukowani (czyli dysponowali szeroką wiedzą, czerpaną z solidnych źródeł, a nie np. z feministycznych kursów), znacznie większą niż obecnie przykładaliby wagę do tworzenia warunków, aby obywatele solidnie się kształcili; gdyby obywatele byli lepiej wyedukowani (i poprzez edukację lepiej politycznie wyrobieni), baczniej zwracaliby uwagę na intelektualne walory kandydatów, na których mogą oddać swoje głosy.

[5] Postulat bliskiej współpracy polsko-ukraińskiej wywodzi się z nurtu refleksji politycznej, której twórcami byli m.in. wspomniani powyżej Włodzimierz Bączkowski, Adolf Bocheński, Tadeusz Hołówko, Piotr Dunin-Borkowski, Leon Wasilewski i inni, przez oponentów swych niesłusznie zwani ukrainofilami. W gruncie rzeczy, mieli oni na względzie przede wszystkim polskie interesy narodowe, drogę ku ich realizacji widząc w unormowaniu relacji polsko-ukraińskich.

[6] Oba postulaty nie są nową jakością w polskiej refleksji politycznej. Myśliciele, których dorobek przywołaliśmy jako dowód na bogactwo myśli dwudziestolecia międzywojennego, w swych rozważaniach nierozerwalnie wiązali kwestię ukraińską z widmem zagrożenia ze strony Rosji. Z oczywistych powodów nie rozważali oni sprawy ukraińskiej przez pryzmat miejsca Polski w UE i NATO. Przyświecał im jednak jasno określony cel, by politykę wobec Ukrainy traktować jako część całościowej wizji polskiej polityki zagranicznej. Zatem drugi spośród modnych obecnie postulatów, nie jest wynalazkiem lat dziewięćdziesiątych, a powiela starą, oczywistą zresztą, koncepcję myślenia. Klasycy polskiej myśli politycznej lepiej potrafili z niej korzystać, niż ich współcześni nam następcy. Myśl polityczna III Rzeczpospolitej wciąż nie wydała z siebie dzieła przynoszącego równie spójne i całościowe spojrzenie na polską politykę zagraniczną i miejsce Polski w europejskiej polityce, jak "Między Niemcami a Rosją" Adolfa Bocheńskiego.

[7] Nie negujemy oczywiście samej idei wspierania Ukrainy, oczywiście w możliwie najbardziej efektywny sposób, podkreślamy natomiast fakt, iż należy realnie oceniać nasze możliwości oddziaływania tego typu narzędziem wpływu. Z powodu relatywnej słabości naszego państwa, są one nikłe, zwłaszcza gdy porówna je się z możliwościami amerykańskimi, niemieckimi czy francuskimi itp.

[8] Słabość wewnętrzna państwa może być rekompensowana jego umiejętnością prowadzenia gry na arenie międzynarodowej np. poprzez wykorzystywanie sojuszy z innymi państwami. Sprawą podstawową jest jednak, aby decydujący o polityce państwa mieli wolę czynienia go silnym i zdolnym realizować interes narodowy.

[9] To krótkie wyliczenie jest również odpowiedzią na pytanie, czy Polska może być obecnie samoistnie mocarstwem regionalnym. Abstrahujemy przy tym od odpowiedzi na pytanie o etyczny wymiar wymienionych środków nacisku.

[10] Redagowany przez Włodzimierza Bączkowskiego ukazywał się w latach 1932 - 1938, przynosząc wysokiej jakości opracowania dotyczące ukraińskiej historii i teraźniejszości, kultury, polityki, informacje o życiu mniejszości ukraińskiej w Polsce i często interesujące refleksje o stanie obecnym i perspektywach relacji polsko-ukraińskich, wychodzące spod piór Polaków i Ukraińców. Obecnie próżno szukać pisma o podobnych charakterze i poziomie, a przecież nieporównywalnie łatwiej i szybciej byłoby zdobywać teraz informacje na tematy ukraińskie

[11]) Adolf Bocheński "Historia i polityka", Warszawa 1989, s. 209

.: Powrót do działu Polityka polska :: Powrót do spisu działów :.

 
Wygląd strony oparty systemie tematów AutoTheme
Strona wygenerowana w czasie 0,104958 sekund(y)