Tradycja i postęp, czyli o kłopotach Europejczyków z radzeniem sobie z problemami


Tekst powstał w ramach projektu Centrum pro studium demokracie a kultury z Brna i Ośrodka Myśli Politycznej „Wartości w polityce i społeczeństwie. Podstawowe pojęcia polityki w polskiej i czeskiej perspektywie”, realizowanego dzięki wsparciu Forum Czesko-Polskiego.

Pakowanie się w tarapaty i próby wyciągania się z nich – oto stały rytm życia Europejczyków[1]. Podstawowym zaś źródłem tych kłopotliwych skłonności jest elementarna niedoskonałość ludzkiej natury w jej wymiarze intelektualnym i moralnym, połączona z niepokojącą łatwością zapominania o tym dość oczywistym ograniczeniu. Brak pokory wobec rzeczywistości to cecha zwłaszcza zwolenników postępu – jakobinów, komunistów, lewackich euroentuzjastów itp. Chcą oni wciąż przekształcać otaczający nas świat, nie dbając wcale o to, czy ich wizja tego, jak on powinien wyglądać, da się pogodzić z przyzwyczajeniami i potrzebami wspólnot, których życie chcą przeorać podług swego uznania. Kolejne wszczynane przez nich polityczne, społeczne i kulturowe zawieruchy mobilizują konserwatywnie nastawionych Europejczyków do dania im odporu i obrony tradycji. Niewiele jest procesów równie doniośle wpływających na istotę europejskiej polityki ostatnich paru stuleci i stanowiących tak duże źródło nieustającego fermentu intelektualnego. Wszystko też wskazuje na to, że nic się w tym względzie w najbliższej przyszłości nie zmieni.

Europejski kłopot z ego

Przez wiele stuleci wysokie mniemanie o sobie Europejczyków nie miało decydujących konsekwencji dla organizowania przez nich sobie porządku politycznego i społecznego. Popełniali wiele błędów w sferze polityki, ekonomii czy kultury, ale zwykle byli świadomi własnych ograniczeń. Chcieli zmieniać granice swoich państw, reformować system władzy, wprowadzać nowe rozwiązania gospodarcze – ale nie czynili tego w imię abstrakcyjnych teorii. „Ciemne” średniowiecze wykazywało pod tym względem dużo godnego uznania zdrowego rozsądku, również u zarania nowożytności wciąż go nie brakowało. Dlatego przez stulecia nawet dalekosiężne zmiany dokonywały się zwykle w obrębie dotąd istniejącego porządku, zaś jeśli sam ów porządek się przeobrażał, to na ogół ewolucyjnie.

Z czasem jednak Europejczycy za bardzo uwierzyli w siebie. Owszem, mieli ku temu pewne przesłanki. Rozlali się po całym świecie, z reguły dość łatwo narzucając mu swe zwierzchnictwo, widzieli też swój prymat kulturowy czy to w sferze organizacji życia zbiorowego, czy to w dziedzinie sztuki. Co prawda, mogli poprzestać na prostej konstatacji, że po prostu tak się szczęśliwie zdarzyło i wystrzegać się zbytniego zawierzenia we własną moc sprawczą. Bądź co bądź, mimo licznych sukcesów, wiele dziedzin życia trudno było uznać za spektakularne sukcesy: poczynając od poziomu bytu wielkich mas ludzkich i ich zależności od warstw względem nich wyżej stojących w hierarchii społecznej. Szkopuł w tym, że potrzeba dokonania niezbędnych korekt poczęła coraz częściej wyradzać się w pokusę, by różne aspekty rzeczywistości dopasować do teoretycznych założeń, nawet jeśli doświadczenie jasno wykazywało, że praktyka nijak się ma do abstrakcyjnych ideologii. Na domiar złego, owładnięci ideą postępu myśliciele i działacze nie chcieli bynajmniej poprzestać na mozolnej pracy „u podstaw” i zmianach wprowadzanych w życie krok po kroku. Coraz częściej poczęła im się marzyć zmiana totalna, wywrócenie całego porządku i na jego gruzach zbudowanie nie dość, że nowego, to jeszcze doskonałego. Słowem – zapragnęli rewolucji.

Niektórzy konserwatywni myśliciele moment przełomowy upatrywali w reformacji: to wówczas człowiek miał sobie wówczas przyznać prawo swobodnego interpretowania zasad religijnych, a skoro w tak fundamentalnej sferze uznał się za godnego do wydawania dowolnych sądów, to tym bardziej zapragnął podług swego nieskrępowanego niczym uznania kształtować rzeczywistość polityczną i społeczną. Krytycy takiej interpretacji zwracają uwagę, że to reformacja miała poskromić dowolność interpretacyjną przynależną dotąd hierarchii kościelnej, z papieżem na czele. I jedni i drudzy widzą zarazem kontekst polityczny, który splótłszy się z religijnym, sprawił, że reformacja tak gruntownie przekształciła Europę. Wciąż jednak była to przebudowa w ramach dotychczasowego porządku, w którym po prostu inaczej niż dotąd rozłożono akcenty.

Rewolucja ponad wszystko

Na rewolucję totalną – godzącą w fundamenty religijne, kulturowe i polityczne – trzeba było jeszcze poczekać. Nie była z pewnością taką samoograniczająca się Chwalebna Rewolucja, która jedynie dokonała korekty tego, kto i jak ma rządzić Anglią, tym bardziej trudno za nią uznać różne krótkotrwałe bunty chłopskie czy mieszczańskie, z których przeważnie niewiele wynikało. Oświeceniowe idee przyświecały twórcom Stanów Zjednoczonych, ale ich rewolucyjne zapędy trzymane były w ryzach przez anglosaski zdrowy rozsądek. Prawdziwy wyłom uczyniła dopiero wielka rewolucja – francuska. Zamiary miała imponujące, zwłaszcza zważywszy na to, gdzie się dokonała: w państwie niewątpliwie potężnym i od paru stuleci urządzonym w stabilny sposób. Wywrócenie porządku zdawało się gruntowne. Tyle że, jak doskonale wiemy z historii – choć admiratorzy rewolucji zdają się wiedzę o tym wypierać ze świadomości – jego rezultaty okazały się tyleż opłakane, co nietrwałe. Zbudowanie nowego ładu, w myśl zamierzeń doktrynerów, na gruncie zbyt mocno naznaczonym starymi przyzwyczajeniami, oplecionym od dawien dawna istniejącymi sieciami zależności, było rzeczą w krótkim czasie niewykonalną. Owszem, istniało sporo dobrych powodów, by państwo urządzone pod dyktando Burbonów upadło. Rewolucja wyzwoliła jednak wiele złych skłonności ludzkiej natury i postawiła sobie za śmiałe – wręcz rzec można: zbyt bezczelne – cele, aby mogła się powieść. Bo też trudno za sukces uznać choćby rzeź Wandejczyków, krwawy terror, walkę z religią czy wprowadzenie nowego kalendarza.

Można się spierać, czy korekta kumulujących się błędów Ancien Régime mogła dokonać się w inny sposób. Niemniej, czym innym było uznanie, że rewolucja zdarzyć się musiała, czym innym wyciągnięcie z tego wniosku, że jako metoda polityczna sprawdza się wyśmienicie. Z tej lekcji zabrakło stosownej nauki. W Europie wciąż wiele było do poprawienia – i Europejczycy zabrali się z zapałem do roboty. Najpierw, w XIX wieku, wymyślili sobie – a właściwie nadali mu nową ideologiczną i polityczną formę – komunizm, dawkowany też w łagodniejszej formule: socjalizmu. Otworzyli również na oścież wrota zasadom demokratycznym (choć nie od razu i nie wszędzie w znanej nam obecnie postaci ustrojowej) i dali się ponieść rosnącej fali nacjonalizmu (który bynajmniej wcale nie oznaczał od razu zbrodniczych skłonności). Potem, w wieku XX, poczęli eksperymentować, co też się wydarzy, gdy komunizm, demokrację i nacjonalizm wyniesie się na piedestał i zabsolutyzuje. Skutki, jak doskonale wiemy, okazały się opłakane. Tym bardziej, że wpędziwszy się w owe tarapaty, wyrosłe na gruncie nowych ideologicznych fascynacji, zarazem nie wyzbywszy się bynajmniej wielu starych przyzwyczajeń, Europejczycy – przyznajmy, już z wydatną pomocą reszty świata – oddali się z zapałem swojemu staremu sposobowi rozwiązywania narosłych problemów: wojnom.

Nowa Europa, stare błędy

Zbrodnie XX wieku dokonały się na zbyt masową skalę, by złożyć je na karb szaleństwa czy błędów jednostek – choć i takie próby czyniono – względnie uznać za przejaw ducha epoki, z którym wypada się po prostu pogodzić. Przerosły wszystko, co dotąd Europejczycy potrafili sobie zgotować. Można co prawda próbować dowodzić, że nigdy nie mieli oni takich technicznych i organizacyjnych możliwości, aby nieść sobie zagładę, ale zarazem nigdy też nie czuli się aż tak wolni od wszelkich ograniczeń: postawili się ponad wszystkim, także po raz pierwszy w takiej skali ponad Bogiem, wiarę w którego masowo odrzucono, albo przynajmniej zlekceważono. Dwie najbardziej zbrodnicze masowe ideologie w dziejach – komunizm i nazizm – same zapragnęły stać się niczym religia. I obie przedstawiały siebie jako oczywisty postęp. Co więcej, ich zagorzali zwolennicy – a było ich przerażająco wielu – naprawdę w to uwierzyli. Nawet w Niemczech, kraju przecież bardzo zamożnym, o wybitnej kulturze, do niedawna silnie zdecentralizowanym, tradycja nie okazała się być skuteczną barierą przed ideologicznym szaleństwem. Zdusić je mogła dopiero zewnętrzna siła. Komunizm w wydaniu sowieckim okazał się jeszcze bardziej skuteczny. Zniewolił na dekady pół Europy i uwiódł niemałą i wpływową grupę zachodnich intelektualistów i polityków. Nawet teraz, gdy jego zbrodniczość i niewydolność są w możliwe największym stopniu obnażone, nie brakuje takich, co sądzą, że zrównywanie go z nazizmem jest niesprawiedliwe, bo wszak idee komunistyczne z założenia są szlachetne i postępowe.

W zachodniej części Europy – skomunizowana Europa Wschodnia musiała na to czekać pół wieku – postanowiono wyciągnąć naukę z doświadczenia II wojny światowej. Skala zniszczeń i zbrodni była zbyt duża, by poprzestać na tradycyjnym dogadaniu się kilku najsilniejszych państw, o którym w zasadzie z góry byłoby wiadomo, że nie przetrwa próby czasu. Akurat bowiem podstawowym wnioskiem płynącym z historii Europy było przeświadczenie, że każdy może toczyć wojnę z każdym i to w dodatku bardzo brutalnie, jak się okazało – bez żadnych zahamowań. A także świadomość, że to po prostu, przy obecnym stopniu rozwoju techniki militarnej, nader nieefektywny sposób rozwiązywania problemów międzynarodowych – koszty są olbrzymie a skutek niepewny. Zrodziła się stąd tyleż szlachetna, co racjonalna idea, aby Europejczyków – na początek z niektórych państw zachodnich – na trwałe ze sobą pogodzić, a przynajmniej doprowadzić do tego, żeby nieuchronne spory zechcieli rozwiązywać w ramach instytucji politycznych a nie na polach bitew.

Sensowność ogólnego założenia była niewątpliwa, choć szła na przekór praktyce paru tysięcy lat historii Europy. Należało zatem wzmocnić ją czymś więcej niż tylko kalkulacją pragmatyczną – nauczcie się żyć obok siebie, a będzie wam się żyło i bezpieczniej, i dostatniej. I tu pojawił się zaczyn kolejnego rozłamu Europejczyków, którego skutki możemy dopiero w pełni odczuć, jeśli rodzące go procesy nie zostaną w porę powstrzymane. Część bowiem europejskich elit – w tym wielu duchowych i politycznych „ojców” integracji europejskiej – uważało, że naturalnym fundamentem dla procesu racjonalizowania Europy powinna być wspólna dla niej tradycja chrześcijańska. Jednak dla wpływowych środowisk lewicowych liberałów jednym z głównych celów stało się wyrugowanie tej tradycji z przestrzeni publicznej i ziszczenie starych marzeń postępowców o zaprowadzeniu idealnego oświeceniowego porządku. Długo ich zamiary rozbijały się o nawyki społeczeństw europejskich, z którymi ich polityczni reprezentanci musieli się liczyć. Chrześcijańskie korzenie Europy nie były wszak teoretycznym konstruktem, ale realnym wymiarem życia Europejczyków – zwłaszcza na poziomie lokalnym. Postępująca sekularyzacja ułatwiła jednak zadanie postępowcom. Ich u początków integracji ledwie intelektualne fanaberie, z czasem coraz mocniej poczęły odciskać piętno na kształcie jednoczącej się Europy. Zachłyśnięci świeckim dziedzictwem oświeceniowym, a przede wszystkim przepełnieni pyszałkowatym przeświadczeniem, że tylko oni wiedzą, co jest dobre dla Europy i Europejczyków, prowadzą agresywną ideologiczną i polityczną ofensywę. Jej podstawowym celem stało się opanowanie wspólnotowych instytucji europejskich i za ich pośrednictwem gruntowne przekształcenie rzeczywistości.

Euro-mrzonki

Lewicowo-liberalna wizja Unii Europejskiej wciąż nie jest dominująca. Jednak już teraz jest dość wpływowa, by jej przeciwnikom uczynić życie w Europie na tyle nieznośnym, by w skrojonej w myśl postępowych teorii Unii Europejskiej nie czuli się oni u siebie, a to wieść może do eskalacji ostrego sporu ideowo-politycznego. Zwłaszcza że postępowcy nie zrozumieli zbyt wiele z lekcji dostarczonej przez opłakane skutki wcielenia w życie idei ich poprzedników z XIX i XX wieku. Nie chcą choćby pogodzić się z faktem, że cokolwiek byśmy o tym nie sądzili, naturalnym sposobem uporządkowania Europejczyków są państwa narodowe. Super-federacja europejska jako zgodne dzieło jej mieszkańców to mrzonka. Co prawda zdarzało się w dziejach Europy, że większość jej terytorium obejmowały granice jednego organizmu państwowego – imperium rzymskiego, cesarstwa za Napoleona, czy Trzeciej Rzeszy. Tyle że osiągał on takie rozmiary głównie przez podbój, nie zaś dobrowolny akces. Gdyby innymi, tym razem niemilitarnymi metodami wymuszono stworzenie scentralizowanej unii – jednego państwa europejskiego bądź ścisłego ich konglomeratu-federacji, byłby to jeden z najbardziej niedorzecznych konstruktywistycznych projektów zrealizowanych w Europie – na przekór jej historii, kulturze, wreszcie elementarnemu zdrowemu rozsądkowi. Jego wcielanie w życie to nieuchronne pogrążenie nas wszystkich w ciągu gwałtownych konfliktów wynikających z niedającego się opanować ani propagandą, ani pieniędzmi zderzenia przeciwstawnych interesów politycznych, ekonomicznych, społecznych, religijnych i kulturowych.

Przeforsowanie wizji stworzenia wielkiej federacji europejskiej świadczyłoby o triumfie zasady, którą to właśnie integracja europejska miała pogrzebać: że o wszystkim decyduje siła. Propaganda unijna wciąż pełna jest wzniosłych frazesów o wzajemnym poszanowaniu odmienności, potrzebie porozumiewania się z uwzględnieniem interesów także „słabych i wykluczonych”. Tymczasem praktyka polityczna w Unii Europejskiej zmierza w stronę zgoła inną: zwiększa się presja, aby dokonywać rozstrzygnięć obowiązujących wszystkich jej członków pod dyktando i w interesie wybranych – oczywiście tych najsilniejszych. Można narzekać, że przez długie lata obowiązująca w EWG/UE zasada niwelowania przewagi jednych państw nad innymi – wynikającej z dysproporcji liczby ludności, potencjału gospodarczego i siły armii, a równoważonej odpowiednimi proporcjami wagi głosów w całej strukturze – była niekiedy nie dość efektywna. Z drugiej strony, za jej czasów wspólnota europejska dobrze się rozwijała, a przede wszystkim jej obecne kłopoty i rozmiary w niczym owej konieczności zbalansowania pozycji różnych jej członków nie znoszą. Unia Europejska nie jest spółką akcyjną, w której można wymierzyć wkład poszczególnych akcjonariuszy i według tego wyznaczyć im miejsce w szeregu – czyli w hierarchii władzy. Tymczasem dąży się do tego, a siłą sprawczą jest na ogół bardzo niebezpieczna kombinacja postępowego, konstruktywistycznego reformatorstwa i chłodnej kalkulacji politycznej.

Konserwatyzm na rozdrożu

Dobre samopoczucie zachodnich Europejczyków, zrodzone przez dekady prosperity, jest co prawda zachwiane z powodu kryzysu, ale niestety bynajmniej nie gaśnie wiara części europejskich elit w to, że są w stanie znowu przeorać Europę w myśl swej oświeconej teorii politycznej, a nawet przekształcić ją kulturowo. Konserwatyści coraz bardziej ustępują im pola. Częściowo przesądza o tym kalkulacja polityczna, wiara w to, że jeżeli złagodzi się swój przekaz ideowy, rozmyje się go, to wówczas potencjalnie można przyciągnąć więcej wyborców, zatem łatwiej wygrać wybory. Niekiedy wręcz uważa się, że odejście od twardej podstawy programowej to warunek sine qua non zwycięstwa. Niestety, niemało jest przykładów we współczesnej europejskiej polityce, że taki koniunkturalizm popłaca. Wiele europejskich partii, konserwatywnych z nazwy, czy niegdyś za takie uchodzących, przerodziło się w zwykłe twory post-polityki, a w niej reguły dyktuje raczej obóz lewicowo-liberalny[2].

Konserwatywny dylemat, jak próbować okiełznać zakusy lewicowych-liberałów, będzie narastać w miarę tego, jak coraz większe spustoszenie w kulturze politycznej będzie czynić panoszenie się demokracji medialnej, w której o sukcesie decyduje odpowiedni przekaz marketingowy a nie wyznawane zasady. Kiedyś konserwatyści bronili idei władzy, dopominali się o odpowiedni dla niej szacunek. Dziś konserwatywnemu publicyście ciężko wykrzesać z siebie wiele entuzjazmu dla podkreślania rangi prezydenta czy premiera, który wybory wygrał głównie dlatego, że okazał się lepiej dopracowanym produktem marketingowym. Polityka stale się trywializuje, ale zarazem bynajmniej nie poskramia to zapędów polityków, aby ingerować swymi decyzjami nawet w te sfery życia obywateli, które bez zewnętrznych, odgórnych regulacji dobrze by działały. Można nawet dostrzec przeciwne zjawisko: im bardziej jest ona w ich wykonaniu miałka, tym bardziej chcą obejmować wszystko swym wpływem i kontrolą.

Politycy europejscy zdążyli zawalić wszystkie możliwe duże sprawy we własnych państwach i na poziomie UE. Czy skłoniło to ich do samoograniczenia swej roli, uznania, że chcieli wyregulować zbyt wiele dziedzin, że trzeba cofnąć  się o parę kroków, choćby wrócić do korzeni integracji europejskiej, jeśli wciąż ma to być dominująca zasada ideowa? Bynajmniej. Uznali, że trzeba pójść jeszcze dalej, zaproponować jeszcze większy projekt. To oczywiście budzi sprzeciwy. Jest szansa, że uda się zapędy postępowców poskromić. Gwarancji na to nie ma jednak żadnych. Zwłaszcza że – o czym za rzadko się mówi – wielu mieszkańcom UE bynajmniej nie przeszkadza jej omnipotencja w licznych dziedzinach, nie dbają też o ideologiczne oblicze jej ewolucji. Kryzys struktur unijnych powinien ich otrzeźwić, przekonać, że przenoszenie kolejnych uprawnień na niewydolne instytucje brukselskie to brnięcie w ślepy zaułek. Niestety, przynajmniej na razie znaczna część europejskiej opinii publicznej z dobrą wiarą przyjmuje hasło „więcej Europy” jako remedium na obecne problemy całej Unii i poszczególnych jej członków. To znacznie ułatwia zadanie tzw. przywódcom europejskim i wspierającym ich euroentuzjastycznym intelektualistom i ekspertom. Czują się uprawnieni do snucia kolejnych planów ratunkowych, forsowania następnych wizji pogłębiania integracji, przechodząc łatwo do porządku dziennego nad tym, że przecież już poprzednie, przez nich samych gorąco wspierane i wcielane w życie, miały okazać się ziszczeniem naszych marzeń o szlachetnej i racjonalnej strukturze, która zapewni nam dobrobyt, bezpieczeństwo i szczęście osobiste, a najwyraźniej niewiele z tego wyszło.  

Ciągłość pilnie poszukiwana

Skoro jednak euroentuzjastyczni teoretycy i praktycy postępu tak często zawodzą, dlaczego ich konserwatywni oponenci nie potrafią skutecznie się im przeciwstawić? Nie wszystko tłumaczy przewaga tych pierwszych w mainstreamowych mediach, w świecie kultury masowej, czy w dystrybuujących rozmaite środki pomocowe i granty instytucjach unijnych, kupujących hojnymi datkami przyzwolenie Europejczyków na kolejne eksperymenty polityczne i gospodarcze. Coraz większym problemem staje się słabnące zakorzenienie wielu europejskich wspólnot politycznych w tradycji. Było ono w XIX i XX wieku podstawowym atutem konserwatystów w starciu z dyktowanym przez lewicowo-liberalne środowiska postępem. Tradycję definiowano na różne sposoby, ale kilka zasad uznawano za wspólne dla konserwatywnie zorientowanej Europy: przekonanie, że lepsze są ewolucyjne zmiany niż gwałtowne, rewolucyjne wstrząsy; wiara, że choć państwo powinno być silne, to nie może ingerować w te sfery życia, gdzie mniejsze wspólnoty i jednostki same dobrze dają sobie radę; szacunek dla narodowych, regionalnych i lokalnych obyczajów; pochwała przedsiębiorczości i pracowitości, z ich mocnym powiązaniem z troską o dobro wspólne; uznanie pierwszorzędnej roli rodziny; podkreślenie kluczowej roli religii i niezgoda na jej wypchnięcie wyłącznie do sfery prywatnej, przy jednoczesnym rozdziale Kościoła od państwa. Przekształcająca się coraz bardziej w zbiurokratyzowane, zcentralizowane monstrum, nieefektywna gospodarczo, rozrzutna Unia Europejska, w której olbrzymie pieniądze są wydawane na propagowanie nowinek obyczajowych podważających tradycyjne rozumienie rodziny, zaś religię spycha na margines a nawet poczyna zwalczać – to twór, który konserwatywnie nastawieni mieszkańcy Europy z trudem mogą zaaprobować, choć zdają sobie sprawę, że są na niego skazani, o ile sam się nie rozpadnie. Jest ich jednak coraz mniej, a wiara, że mają w tradycji opokę, do której zawsze się można odwołać, okazuje się nadszarpnięta.

W ciągu ostatnich dekad przeszliśmy tak wiele wstrząsów i gruntownych przemian politycznych, społecznych i kulturowych, doświadczyliśmy tak niezwykłego postępu technicznego, który zmienił zupełnie nasze codzienne życie, że niekiedy niełatwo jest wskazać, do jakiej tradycji mielibyśmy się odwoływać. Owszem, od biedy poradzą sobie z tym Anglicy, którzy w XX wieku oszczędzili sobie gwałtownych zwrotów politycznych – bo trudno za takowe uznać, zwłaszcza gdy za punkt odniesienia przyjmiemy standardy innych krajów, wymiany rządów Laburzystów na Konserwatystów; nie będą też mieli zbytnich problemów Skandynawowie i Szwajcarzy. Ale większość krajów Europy stanowiła istny poligon doświadczalny dla rozmaitych, często przeciwstawnych idei i koncepcji politycznych, społecznych i kulturowych – i tych zrodzonych na rodzimym gruncie, i tych narzuconych z zewnątrz. Zmieniały się gwałtownie granice państw, ich ustroje i modele gospodarcze. Szczególne piętno odcisnęło to na krajach środkowoeuropejskich, gdzie komunizm degenerował życie polityczne i społeczne, gospodarkę i kulturę w stopniu nieznanym wcześniej w historii. Doprowadził też do nadwyrężenia, a niekiedy wręcz zerwania ciągłości rozwoju kulturowego i politycznego poszczególnych wspólnot narodowych. Skutki tego są tym bardziej dotkliwe, że i bez jego ingerencji w ewolucyjnie dokonujące się procesy przemian w sferze polityki, gospodarki i życia społecznego, społeczeństwom środkowoeuropejskim niełatwo byłoby się zakorzeniać w bardziej odległych epokach swej historii.

Jak na przykład współczesny Polak ma odnaleźć się mentalnie w tradycji I RP, skoro ledwie kilka procent mieszkańców miało w niej prawa polityczne (cóż z tego, że i tak więcej niż w większości innych ówczesnych państw europejskich) i świadomość państwową czy narodową? Przecież większość z nas wywodzi się z anonimowej rzeszy chłopskiej, a nasze tradycje rodzinne urywają się zwykle na wspomnieniu przodków raptem z XIX wieku. Także jako symbol ciągłości politycznej I RP niezbyt się nadaje – bo wszak najpierw z szesnastowiecznej potęgi na skalę całej Europy zdążyła, na własne – czyli jej elit – życzenie zredukować się do rangi państwa zdanego na łaskę i niełaskę sąsiadów, a gdy tej łaski zabrakło – pogrążyć się w niebycie[3].

Trudno również nawiązywać do tradycji II RP. Jej elity zostały w znacznej mierze eksterminowane przez Niemców i Sowietów, duża ich część musiała wybrać emigrację. Powojenne porządki polityczne i społeczne w niczym nie przypominały tych z lat 20-tych i 30-tych. Swoje zrobiła także komunistyczna propaganda, demonizująca – przyznajmy, dalekie od ideału – realia życia w tym okresie. Również wpływowa część lewicowo-liberalnej opozycji, odgrywająca później istotną rolę w kształtowaniu oblicza III RP, zrobiła wiele dla obrzydzenia pamięci o II RP – tworu rzekomo przesiąkniętego wstrętnym duchem nacjonalizmu i szowinizmu. Choć i tak główną cechą określającą obecnie stosunek większości Polaków do tego okresu rodzimej historii, jest obojętność.

Gdy zatem nie ma poczucia ciągłości w rodzimej historii – a taki jest stan ducha i świadomości politycznej wielu Polaków – łatwiej wtedy przekonać, że warto przyzwolić na kolejne etapy pogłębiania integracji europejskiej: wszak UE jako ścisła federacja to tylko następna forma zorganizowania życia zbiorowego, jakich już tak wiele mieliśmy w swych dziejach, w dodatku na tle tych dotychczasowych jakże efektywna politycznie (bez trudu stawi czoła Chinom i nawet USA będą musiały się z nią liczyć!) i gospodarczo (zrobi porządek z zadłużeniem, zainwestuje w nowe technologie i jeszcze zadba o przywileje socjalne!). Można bez trudu wykpić te propagandowe zaklęcia zwolenników euro-postępu. Łatwość, z jaką zdobywają wcale niemałą popularność wśród Europejczyków – Polacy nie są żadnym wyjątkiem – świadczy jednak, że trafiają na podatny grunt. Słabnące przywiązanie do własnych tradycji państwowych w przypadku wielu europejskich narodów nie jest już dla nich wystarczającą zaporą[4].

Idee i praktyka

Bariery dla panoszącego się ducha postępu można szukać wszakże także w innych aspektach zakorzenienia w tradycji, wykraczających poza ciągłość (lub jej brak) idei państwowej. Jest przecież kilka cech, które przypisuje się Polakom niezależnie od etapu ich historii. Kluczową spośród nich dla niniejszych rozważań jest przywiązanie do wolności. I tu jednak należałoby poczynić liczne zastrzeżenia: wszak w XVIII wieku opatrzne rozumienie tradycyjnych swobód szlacheckich wydatnie przyczyniło się do upadku państwa, zaś w wieku XIX walka o jego wskrzeszenie była raczej elitarnym zajęciem –  cesarz Franciszek Józef wydawał się wielu chłopom lepszym gwarantem ich, jak ją pojmowali, wolności niż walczący w powstaniach szlachcice, kojarzeni przez włościan z ich wielowiekowym uciskiem. W II RP autorytarne zapędy sanacji znalazły wielu zwolenników – ceniono bowiem wówczas wolność, ale jeszcze bardziej marzono o bezpieczeństwie i porządku, które miał zapewnić niedemokratyczny system stworzony po zamachu majowym 1926 r. Także opór przeciwko komunistom przez większość PRL nie był masowy, a gdy rósł w siłę, w znacznej mierze decydowały o tym względy ekonomiczne – podwyżki płac, brak podstawowych produktów, generalna niewydolność absurdalnego systemu – a nie abstrakcyjna idea wolności. Choć gdyby Polacy byli na nią zupełnie obojętni, zapewne łatwiej byłoby komunistom tłumić protesty i np. fenomen Solidarności nie mógłby się zrodzić.

Te zastrzeżenia uświadamiają, że na gruncie przywiązania do wolności stosunek do rozrastającej się w swych kompetencjach kosztem państw narodowych Unii Europejskiej wcale nie musi być jednoznaczny. Udział w niej pozbawi Polaków pokaźnej części ich uprawnień politycznych – choćby sprawowanych za pośrednictwem reprezentantów w polskim sejmie. Dopóki jednak będą uznawać – słusznie czy bezpodstawnie, to nie ma znaczenia, istotne jest ich subiektywne tego poczucie – że im się to opłaca i nie będą za często przywoływani do porządku przez zachodnich polityków, ostentacyjnie wskazujących im poślednie miejsce w szeregu, dopóty zapewne nie wesprą masowo polskich krytyków przekształcania UE w wielką federację. Zwłaszcza że na razie – choć rosnąca niechęć do przystąpienia Polski do strefy euro zdawałaby się świadczyć o czymś innym – w świadomości większości Polaków nie ma ścisłego powiązania przeregulowania Unii z jej niewydolnością ekonomiczną, tym bardziej, że akurat państwo polskie – ze swą marną administracją i plątaniną niejasnych przepisów – nie jest tu żadnym pozytywnym punktem odniesienia.

Czy jest zatem jakaś sfera życia, w którą ingerencja Unii mogłaby spowodować masowe odwrócenie się od niej Polaków? Owszem, istnieje takowa – i jak żadna inna wyraża napięcie między tradycją a postępem: to religia. Zakorzenienie w tradycji chrześcijańskiej – a w jej ramach zwłaszcza katolickiej – jest bodaj jedyną niebudzącą wątpliwości „stałą” w polskich dziejach i to ona stanowi ten fundament, do którego tutejsi konserwatyści powinni się odwoływać, choć oczywiście wystrzegając się pokusy instrumentalizowania go politycznie. Stąd można wyprowadzić dalsze wskazania, dotyczące roli rodziny, zasad sprawiedliwości, rozumienia dobra i zła etc. Jeżeli Unia Europejska zostanie na tych obszarach ukształtowana według agresywnej ideologii ateistycznej, czy wręcz antyreligijnej, członkostwo w niej pocznie być nie do przyjęcia dla wielu Polaków, którzy w przypadku zwykłych politycznych rozstrzygnięć podchodzą do jej losów z obojętnością a nawet pewną życzliwością. Na razie lewicowo-liberalny obłęd ideologiczny w sferze moralności i religii jeszcze nie został przekuty na prawne zapisy traktatów europejskich. Pewne fundamentalne kwestie światopoglądowe wyłączono spod „brukselskich” regulacji. Póki co nie narzuca się polskim katolikom za pośrednictwem prawa UE aborcji na życzenie czy eutanazji.

Czy jednak jest to stan dany raz na zawsze? Historia Europy świadczy raczej o tym, że nie ma masowego ideologicznego szaleństwa, którego by nie chciano narzucić wszystkim wokoło. Ewolucja UE w stronę scentralizowanej struktury, poddanej władzy akurat najsilniejszej grupy politycznej, zwiększa ryzyko, że kiedyś stanie się ona narzędziem do unifikacji w kwestiach, w których duża część Europejczyków po prostu nie będzie mogła zaakceptować lewackiego dyktatu. Czy wówczas czekać nas będzie kolejna wielka rewolucja, ale tym razem motywowana przywiązaniem do tradycji a nie chęcią jej zniszczenia?



[1] By uniknąć wszelkich podejrzeń i niejasności: przywoływani w tym tekście Europejczycy, to po prostu mieszkańcy Europy, żaden – trzeba to podkreślić – mityczny naród europejski, ani nawet jego zaczyn.

[2] Niekiedy co prawda dochodzi do oddolnej reakcji na kapitulanctwo elit partyjnych. Nie przypadkiem po ostatnich niepowodzeniach torysów w wyborach lokalnych, niektórzy komentatorzy, ale też przywódcy partyjni zwrócili uwagę na zjawisko utraty części tradycyjnego elektoratu Partii Konserwatywnej, zrażonego ustępstwami Davida Camerona w sferze obyczajowej. Jeśli jednak ponownie wygra wybory parlamentarne, krytyka zapewne znacznie osłabnie.

[3] W polskiej debacie publicznej ostatnich lat refleksja nad dorobkiem I RP zajmuje istotne miejsce. Podkreśla się zwłaszcza walory republikanizmu z okresu jego największego rozkwitu w XVI wieku. Nie ma to jednak żadnego poważnego przełożenia na życie polityczne i społeczne. Poszukiwanie duchowych źródeł Solidarności w tradycji republikańskiej I RP jest efektownym, ale jedynie publicystycznym konstruktem intelektualnym.

[4] Sprawa jest szczególnie skomplikowana wtedy, gdy z dumą się podkreśla przywiązanie do własnych tradycji narodowych a zarazem godzi na ich rozmycie w unijnym tyglu. Ambiwalencję takiej postawy można wytłumaczyć chyba głównie skutecznością propagandy podkreślającej, że tu wciąż chodzi o Europę ojczyzn (choć nie chodzi) i słabym rozeznaniem w realnych mechanizmach decyzyjnych w UE (faktycznie, zasłoniętych w znacznej mierze przed oczyma opinii publicznej). Swoje też robi malejące zaangażowanie (także mentalne) w sprawy publiczne – na poziomie życia wspólnoty narodowej ogranicza się ono często do szczególnych wydarzeń, i to coraz bardziej przyziemnych w rodzaju mistrzostw Europy w piłce nożnej, w czasie których Niemcy wciąż zagorzale kibicują Niemcom, Polacy Polsce, a Holendrzy Holandii, itp., nie zaś abstrakcyjnej idei wspólnej Europy.



Jacek Kloczkowski - Politolog i publicysta, wiceprezes Ośrodka Myśli Politycznej. Wydał monografię "Wolność i porządek. Myśl polityczna Pawła Popiela" (2006) i zbiór publicystyki "Czasy grubej przesady" (2010). Pod jego redakcją ukazały się m.in. książki: "Polska Solidarności. Kontrowersje, oblicza, interpretacje" (2011), "Polska w grze międzynarodowej. Geopolityka i sprawy wewnętrzne" (2010), "Platon na Wall Street. Konserwatywne refleksje o kryzysie ekonomicznym" (2010, wraz z Jonathanem Pricem), "Władza w polskiej tradycji politycznej" (2010), "Rzeczpospolita na arenie międzynarodowej. Idee i dylematy polityki zagranicznej" (wraz z Tomaszem Żukowskim, 2010), "Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków?" (2009), "Polska czyli anarchia? Polscy myśliciele o władzy politycznej" (2009), "W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej" (wraz z Filipem Musiałem, 2009), "Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki" (2009), "Realizm polityczny. Przypadek polski" (2008), "Wolność i jej granice. Polskie dylematy" (2007), "Z dziejów polskiego patriotyzmu. Wybór tekstów" (2007), "Oblicza demokracji" (wraz z Ryszardem Legutko, 2002), "Antykomunizm po komunizmie" (2000), "Od komunizmu do… Dokąd zmierza III Rzeczpospolita?" (1999). Autor wyborów pism Pawła Popiela "Choroba wieku" (2001) i "Pamiętniki i wybrane pisma polityczne" (2009). Autor artykułów publicystycznych w "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Polskim" i "Nowym Państwie".

Wyświetl PDF